Pomost

 :: Jezioro

Strona 6 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 5, 6, 7 ... 9, 10, 11  Next

Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Sob 11 Wrz - 21:43

Jej postawa oraz kilka sklejonych słów zdecydowanie nie pozwolił na spadek radosnego humoru. Zaśmiał się pod nosem, wyciągając po raz kolejny (chyba lubi je tak chować i wyciągać na przemian) w obronnym geście przed nienadciągającym atakiem. Uśmiech jaki zakwitł na jego twarzy wyrażał tylko czyste rozbawienie oraz fakt, iż miał radość z zaistniałej sytuacji.
W każdym razie wiedział doskonale, że nie ma jakiegoś większego celu by z nią porozmawiać, ot zwyczajnie …
- No dobrze, niech będzie że ukradłem. – Powiedział, a dołki w policzkach jakie się pojawiły z całą pewnością nie znikną dopóty nie zakończy z nią rozmowy i nie przestanie się uśmiechać jak głupi do sera. Opuścił ręce w dół, zahaczając kciukami o szlufki. Przyglądał się jej na tyle uważnie, jak zawsze to robi, skupiając się głównie na oczach – ot taki nawyk, kolejny zresztą. W każdym razie poczuł jak robi mu się coraz bardziej głupio.
Tak właściwie nie miał prawa odciągać jej od rozmówców, zwłaszcza że wyglądała na zadowoloną tą rozmową (chyba – zważywszy, że nie widział jej twarzy). To co zrobił było bezczelne, ale mając w sobie krew Samuela Sprousa nie można być chociaż w kilku procentach porywczym. A Lucas pod tym względem wyparł spokój i opanowanie rodzicielki.
Wargi, które ułożone były w uśmiechu zaczęły nieco opadać w dół, a poruszanie palcami u dłoni nie dawały nawet złudzenia opanowania. Nastąpiła cisza, dość niezręczna, w czasie której chłopak zaczął się zastanawiać czy nie przecenił swoich zamiarów na siły. Starając się utrzymać radosne uniesienie, które go dosięgało poczuł jak krew dopływa mu do twarzy i wraca z powrotem na miejsce. Wdech wydech.
- Więc może.. skoro już mamy możliwość, rozpoczniemy dialog? – miał całkowitą świadomość tego, jak głupkowato to zabrzmiało. W dodatku poszerzył uśmiech, ściągnął brwi w geście przeproszenia i wyszedł trochę marnawy, może nietypowy efekt. Dodając jeszcze fakt istnienia blizny na jego policzku, która zamierzyła sobie ujawnić się. Po chwili jednak spoważniał i przybrał bardziej statyczną pozę. – Wybacz, nie mogłem powstrzymać się przed tym by ciebie złapać i wyrwać z ich towarzystwa. W ten sposób chciałem się zrekompensować za twoją ucieczkę ze szklarni.
Ponoć najlepszą obroną jest atak? W każdym razie Lucas miał trochę za złe Lorelle, że po ataku paniki zwyczajnie od nich uciekła – bo innego słowa nie znał.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Sob 11 Wrz - 22:27

Kiedy się do niej uśmiechał, w ten swój charakterystyczny sposób, nie umiała z obojętnością udawać zaciętej złości. Kąciki jej ust po prostu same unosiły się ku górze, a oczy śmiały się migocząc radośnie. Był jak lek na wszelkie smutki. Zagłuszał każdą złą myśl i zamazywał intensywnymi barwami entuzjazmu każdy pesymistyczny obraz. Ale, nie zamierzała mu o tym mówić. Z resztą, nie chciała się do tego przyznać, nawet przed samą sobą. Bo Lucas był Lucasem. Ledwie znajomym, dzięki któremu jej uśmiech stawał się naturalnym gestem. Nic ponad to. Choć, czy musiało istnieć coś ponad? Nie była pewna.
- Tak, tak. Ukradłeś – powtórzyła dobitnie. Unosząc prawą brew i uśmiechając się do niego lekko.
Gęstą ciszą, która między nimi zawisła, nie przejęła się wcale. Milczenie było także rozmową. Może i bardziej konkretną od zwykłych, pospolitych słów. Bo ile można umieścić w ciasnych ramach pojęć? Podpowiem, niewiele. A ile mieści się w natężonym kontakcie wzrokowym? Właśnie. Zbyt dużo, aby wyliczyć choć kilka kryjących się w oczach emocji. Nie denerwowała się więc tak, jak Lucas. Lecz skoncentrowała się na odgadnięciu jego intencji.
- Więc, jak minął Ci wieczór? Co z Zoe? - Zaczęła nieśmiało. Przywołując pod powieki żenującą sytuację z szklarni. Nie była ślepa. Widziała, że łączy go coś z Gryfonką. Na tyle poważnego, aby oboje zachowywali się inaczej niż zwykle. Nie mógł temu zaprzeczyć. - Wiesz, zdawało mi się, że między wami... no, po prostu powinniście ze sobą porozmawiać. A ja byłam dla was, jak piąte koło u wozu. Można więc uznać, że moja mała ucieczka, była dla Ciebie przysługą.
Obróciła wzrok na bok, bojąc się tego, co mogłaby ujrzeć w spojrzeniu Krukona. Czuła się znów zażenowana. Tym razem, tematem jego wewnętrznych uczuć, który, o ironio, sama zaczęła. Jak śmiała w ogóle go o to pytać? Na samego Merlina!, zimno odebrała jej resztki rozumu, ot co.
- Nie gniewam się, że mnie porwałeś. Tak szczerze, to i ty wyrządziłeś mi przysługę. Tak więc, chyba jesteśmy kwita.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Sob 11 Wrz - 22:44

Kiedy nastała cisza, oczekiwał z napieciem jak skazaniec na wyrok – dla niego jednak był łaskawy, skwitowany uśmiechem dziewczyny. Od razu poczuł ulgę i odetchnął głębiej, rozluźniając nieco mięśnie. Przynajmniej na tyle, na ile pozwoliło mu zimno.
Nie spodziewał się, że w jakiś sposób wpływa na Lorelle – jak sama stwierdziła, byli znajomymi ot tak, by ze sobą porozmawiać. Zresztą spotkali się przypadkowo, zapoznali i jakoś się to ciągnęło. Nigdy nie wchodzili na głębsze tematy, a rozmowy ograniczały się do planów wakacyjnych czy narzekania na nauczycieli.
Jej uśmiech jakoś dodał mu otuchy. Ba! Uznał nawet, że to niejakie pozwolenie do prowadzenia tak swobodnej konwersacji z nią. Nie zawsze się tak udawało – w pełni być rozluźnionym i zwyczajnie zsunąć maskę pozorów. Humor jak widać Lucasa nie zamierzał opuszczać na dobre. Przez chwile w jego umyśle pojawił się widok niczym z kreskówek: przerzuca dziewczynę przez ramię niczym worek ziemniaków i zwiewa uciekając przed dwójką znajomych. Tak, istna komedia by była, jednak z całą pewnością za tak nie przemyślany czyn mógłby otrzymać ostrą reprymendę, o ile w ogóle puchonka chciałaby go znać. Ot co.
Słysząc jej pytanie, zmieszał się i można byłoby to wyczuć na kilometr. Dlaczego? Przecież Zoe to była Zoe – nie była Zo, ani Skarbem, była jedynie Zoe, nikim więcej. Dlatego opanował gest sięgnięcia palcami po swoje włosy i przesunięcie dłonią po głowie, ograniczając się do przeniesienia ciężaru ciała na lewą nogę, drugą niejako prostując. Postanowił uszanować decyzję Lorelle dotyczącą spojrzenia i sam spojrzał w górę, na pojawiające się gwiazdy. Swoją droga – to będzie jego pierwsza noc w Hogwarcie jako siódmoklasisty. Uśmiechnął się półgębkiem, choć resztki wesołości nie zniknęły z jego oczu.
- Wieczór właściwie dobrze. Posiedziałem trochę i porozmyślałem o planach na przyszłość, ale to chyba można usłyszeć od każdej osoby z mojego rocznika. – Odpowiedział, przenosząc tylko na chwilkę spojrzenie na brunetkę. Musiał w końcu odpowiedzieć na właściwie pytanie. – Przyznaję, że mogło to dziwnie wyglądać.. – zaczął, ostrożnie dobierając słowa. – Byliśmy z Zoe kiedyś parą, może dlatego takie wrażenie odniosłaś. – Powiedział w końcu, nie mogąc powstrzymać się by nie spojrzeć na nią. I popatrzył, ani myśląc odwrócić wzroku. Ot. W końcu jego nawyk, a nawyków trudno się pozbyć. – W takim razie dziękuję, że chciałaś abyśmy wyjaśnili coś między sobą. Ale naprawdę nie trzeba było. – dziewczyna miała rację: cos między tą dwójką było, jednak było ‘kiedyś’, a nie jest ‘teraz’. Mała kwestia czasu. – Trochę nieswojo się poczułem, bo to dla mnie trochę nowa sytuacja, dla Zoe pewnie też. Ale w końcu nie ma w tym nic dziwnego – ludzie związują się ze sobą na nieokreślony czas. Szukają w końcu tej właściwiej osoby i nie zawsze na nią natrafiają. – usprawiedliwił się przed Lorelle, czując że powinien to powiedzieć. Nie czuł, ze obgaduje Gryfonkę, a wyjaśnia pewną niedociągniętą sprawę. Czuł się zwyczajnie zobowiązany do tego, by rozjaśnić tę sytuację. Uśmiechnął się może trochę krzywo, przenosząc spojrzenie tym razem w stronę jeziora. W których oczywiście odbijały się gwiazdy.
- Cieszę się. – Odpowiedział w końcu na jej ostatnią wypowiedź, nie zastanawiając się zbytnio nad znaczeniem jej słów. Teraz rozmyslał nad tym, czy dobrze sformuował swoją wypowiedź.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Sob 11 Wrz - 23:16

Jego tłumaczenie się, było dla niej istną udręką. Opuściła pokornie głowę, przepraszająco wczepiając wzrok w czubki swoich pantofelków. Nie miała prawa go o to pytać, ani oczekiwać treściwego wytłumaczenia. Westchnęła cicho. Zaciskając usta w wąską linię, by znów nie powiedzieć o kilka słów za dużo.
- Wybacz. Nie chciałam być wścibska – szepnęła, niemal bezgłośnie. Zastanawiając się natychmiast, czy Lucas w ogóle był w stanie ją dosłyszeć. Nie była jednak na tyle zmieszana, aby powtórzyć przeprosiny donośniejszym tonem. - Rozumiem, że się rozstaliście i zamiast Ci wtedy, w szklarni pomóc, wepchnęłam Cię beztrosko w okropne bagno.
Ona go zostawiła z Zoe, a on ją uratował od Claya. Paranoja. Nie wiedziała czy ma mu się zwierzyć z zauroczenia do Gryfona. Z pewnością, ich rozmowa przybrała by po tym inny odcienia. Bardziej prywatnego. Nie wiedziała, czy jest na to gotowa. Nikomu przecież się jeszcze nie zwierzyła z uczuć do chłopaka zakochanego, z wzajemnością z resztą, w jej przyjaciółce. To wszystko, te wszystkie emocje, relacje łączące uczniów – to było jak labirynt niemych krzyków w podświadomości i niepewnych szeptów w rzeczywistości. Życie tych, co dopiero wkraczali w dorosłość, było bardziej pogmatwane od prac domowych z transmutacji. Lorelle uświadomiła sobie, że sama jest sobie winna tego, jak pokrętna jest jej sytuacja. I nie zamierzała na tym poprzestać. Nie, nie. Chciało rozplątać jej własny supeł uczuć. Wyprostować sobie drogę, aby móc ponownie spojrzeć na jutro z optymizmem.
- A właśnie, co planujesz na przyszłość? Znaczy się, mówiłeś, że to wasz – siemioroczniaków, główny wątek w rozmowach. Więc pewnie masz już wymyśloną jakąś konkretną odpowiedź.
Umyślnie zmieniła temat. Uśmiechając się do niego z szczerym zainteresowaniem. Była ciekawa, co wymyślił. Bądź co bądź, każdy krukon był niewątpliwie i zazwyczaj niezdrowo ambitny. A że sama nie miała koncepcji na to, co będzie robić po zakończeniu edukacji, chętnie wysłucha jego zapewne nietypowego planu. Gdy skwitował jej słowa, krótkim „cieszę się”, odgarnęła z twarzy frywolnie tańczące na delikatnym wietrze hebanowe kosmyki, ponownie rozciągając usta w szczerym geście. Przy Lucasie mogła się uśmiechać nawet tysiąc razy na minutę. To był ich swoisty rodzaj rozmowy. I bardzo to w ich znajomości lubiła.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Sob 11 Wrz - 23:43


- Nie szkodzi. – Odpowiedział niemalże od razu, wyłapując jej cichy szept na wolnej przestrzeni jaka ich otaczała. w każdym razie uśmiechnął się nie mając do niej pretensji. No dobrze – wcześniej miał, ale bardziej w stylu zabawnym niż na poważnie. Przynajmniej w tamtym momencie wymyślał sobie rożne wypowiedzi jakie sobie uszykuje dla Lorelle, aż w końcu porzucił je zaraz po tym jak je wymyślił. Puchonka niczym mu nie zawiniła, a kierowała się dobrymi inencjami – w końcu chciała pomóc, myśląc że coś się rodzi między Zoe a nim. A to, że było zupełnie odwrotnie, to już nie była nikogo wina. – Naprawdę nic się nie stało. I tak spotkalibyśmy się kiedyś na korytarzu. – Dodał, by usunąć z jej myśli jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Chciała dobrze przecież.
Rozpoczęcie tematu szklarni było zamierzone czy też nie? Lucas nie miał pojęcia, ale zaczął się nad tym zastanawiać. Może chciała się jedynie usprawiedliwić, a nie wypytać? Po chwili zdał sobie sprawę, że nie potrzebnie sobie komplikuje sprawę. Lor była jego znajomą i tyle. Dlaczego jednak w jego głowie pojawiła się dziwna myśl, że chce się ona dowiedzieć czegoś o nim więcej – nie wiedział. Logiczniejszym wyjaśnieniem było to, że dziewczyna znała Zoe i może chciała dowiedzieć się o jej zdrowiu, upewnić się czy aby na pewno wszystko jest dobrze.
Uśmiechnął się do niej ponownie szeroko, spoglądając na nią równie swobodnie jak przed chwilą. Nie spodziewał się aż tak nagłej zmiany tematu, ale narzekać nie mógł. Chociaż..
- Powiem szczerze, że mam mnóstwo planów, ale nie mam pojęcia czy uda mi się jakikolwiek z nich zrealizować. Zamierzam spróbować dostać jakiś urząd w Ministerstwie. Wiem, że mam niewielkie szanse, ale .. – rozłożył ręce, które po chwili odbiły się nieco głuchawym plaśnięciem o jego spodnie. – ..nic mnie nie kosztuje jeśli spróbuję.
Nie chciał wspomniać o tym, że głównym jego zamierzeniem jest wydostanie rodziny z dołka finansowego – i bez tych słów Lorelle mogła domyślić się, że nie należy do dzieci zamożnych ludzi z prostego względu: swojego wyglądu. Sylwetkę wyrobił sobie na farmie, szorstkie i pokaleczone dłonie (nie wspominając o pomniejszych bliznach, które są ukryte), zaś znoszone ubranie od razu zdradzało jego status społeczny. Mimo wszystko uśmiech z jego twarzy teraz nie schodził, a on poczuł się jakoś tak lżej. – A jeśli się nie uda, spróbuję znaleźć coś w Londynie, ponoć to miasto wielkich możliwości. Zwłaszcza teraz. – dodał z większą dozą pewności w głosie. Ostatnie zdanie miało na celu zaznaczenie porażki Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.
Był zadowolony z tego, że rozmowa przybrała ponownie luźną formę i Lorelle ani się na niego sztucznie nie gniewała, ani nie krępowała, ani też nie czuła jak piąte koło u wozu – zaś w myślach postawił sobie kolejny punkt. Dotyczący tego, żeby nigdy nie sprawić by ktoś poczuł się jak w jego obecności.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Nie 12 Wrz - 0:16

Odetchnęła z ulgą, słysząc że Lucas się na nią nie gniewa. Po czym bezceremonialnie pochyliła się do tyłu, opadając na miękką trawę. Nie obchodziły ją jej ubrania, ani tym bardziej prawdopodobieństwo przygarnięcia przez to jakiegoś choróbska. Wprost uwielbiała przyglądać się gwiazdom, a te powoli wkraczały na nieboskłon. Migocząc zalotnie w ich kierunku. Uśmiechnęła się do nich błogo. Były takie, odległe i bliskie zarazem. Budziły w ludziach nadzieję, choć same świadczyły swoim blaskiem o tym, iż ich egzystencja w przestrzeni się skończyła. Były również celem, do którego abstrakcyjnie chciało się dążyć. Mimo świadomości, iż nigdy nikt nie będzie wstanie po nie sięgnąć. Taka swoista utopia.
- Londyn jest nudny – rzuciła szczerze, przypominając sobie rodzinne miasto. Nie przepadała za nim, odkąd zorientowała się, że każda uliczka jest jej znajoma. A ludzie przez nie przemykający, zwyczajnie mijając stare, obdrapane budynki. Patrząc na nie jeszcze z niesmakiem, zamiast podziwem. Tak, jakby duch stróżujący nad stolicą Anglii, przysnął na swojej warcie zaprzestając swojej pracy, polegającej na ciągłym oczarowywaniu przybyłych do Londynu jego brukowanymi uliczkami i szerokiej palety barw historią.
- Mimo wszystko, to jednak dobre miejsce na nowy początek, nowego życia – rzuciła. Podsuwając pod głowę swoje ręce, i nadając im w ten sposób funkcję kanciatej poduszki. Chłodem pochodzącym z ziemi, wcale się nie przejmowała. Bo i po co? Sądziła, iż człowiek sam sobie wmawia dyskomforty w swoim życiu, aby to nie było przesiąknięte po brzegi samym szczęściem, które z czasem stałoby się monotonne. Nie. Radość miała być jak morska fala. By nastał przypływ, woda musiała wcześniej się cofnąć. Prawa natury, ot co.
- Ja też jeszcze nie wiem, czego chcę. Wiesz, co jest w tym śmieszne? To, że wiem, czego nie chcę... - mruknęła. Mocno zaciągając się mroźnym powietrzem. Iglica zimna, która okryła szczelnie jej wrażliwe płuca, odepchnęła od niej wspomnienie matki, rodzinnych wymagań. W przeciwieństwie do Lucasa, nie miała problemów z pieniędzmi. Ba! Była bogata jak mało kto, ale również mało to o tym wiedział. Każdy co prawda kojarzył jej rodzicielkę, była w końcu jednym z najlepszych magomedyków. Lecz na pierwszy rzut oka, Lorelle przecież nie wyglądała na milionerkę. Sprawiała raczej wrażenie kogoś, kto nie sypia na złocistych galeonach. Nie doszukiwała się w innych wskazówek na temat ich majętności. Dlatego też, ubrania Krukona nie kojarzyło jej się z kłopotami finansowymi. Ubierał się tak, jak się ubierał. Był mężczyzną, mógł sobie pozwolić na taki styl.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Nie 12 Wrz - 0:43

Gdy pacnęła zadkiem o trawę z początku myślał, że traci równowagę. Na szczęście jej uśmiech nie zniknął z twarzy i mógł odetchnąć z ulgą. Jeden alarm przeciwko upadkom w ciągu tego dnia wystarczył w zupełności. Przez chwilę przyglądał się dziewczynie, która wpatrywała się gwiazdy z taką lubością, że gotów był posądzić o ją o jakiś osobisty i bardzo zażyły związek z nimi. Może dlatego, że w jej oczach odbijał się ich blask postanowił przysiąść obok niej. Niech szlag trafi jego świeżo zacerowane spodnie. O zdrowie to on martwić się nie musiał – nikt w dzieciństwie na niego ani nie dmuchał, ani nie chuchał, toteż wyrosło z niego co wyrosło. Kiedy znalazł się obok Lorelle, zgiął kolana by oprzeć o nie swoje łokcie. Powinien przyglądać się swojej rozmówczyni, ale niebo stanowczo było jego numerem jeden. Smutne to, ale prawdziwe – żadna chyba dziewczyna nie zdoła wyplenić z niego tego naiwnego zachowania, symbolicznego zresztą i bezsensownego dla osób trzecich.
- W takim razie zapraszam do mojego Solihull. Jeśli oczywiście lubisz farmę. – puścił w jej stronę oczko, z łagodniejszym uśmiechem. Może trochę mu się atmosfera udzieliła? Bądź co bądź, nie wybierał celowo tego miejsca, jednak skoro o tym mowa, przypisywał je do jednych z najromantyczniejszych w Hogwarcie. Zakazane wycieczki po lesie z pewnością nie należały do tej długiej listy, a już na pewno nie trafiły na listę Lucasa. Brzeg nad jeziorem, otwarte niebo z migoczącymi gwiazdami, swobodna rozmowa i brak krępacji – było w tym coś, czego Lucas nie potrafił sprecyzować. Było mu..dobrze? w każdym razie teraz ponownie przeniósł spojrzenie na jedną z gwiazd, zatrzymując na niej wzrok.
Zaczął zastanawiać się nad Londynem. Dla osoby, która mieszkała tam od dzieciństwa, z cała pewnością stał się nudny i tak stary, że chciałoby się od niego uciec. Dla niego, Londyn był symbolem nadziei i lepszego życia. Oczywiście – nie jego, ale jego rodziny, dość licznej zresztą. Poniekąd chciałby, aby ojciec był z niego dumny, by matka i jej rodzina zapamiętała go inaczej niż jako rodzynka wśród mugoli – musiał do czegoś dojść i tyle. Wybór domu był bardzo celny w jego przypadku.
Gdy dziewczyna ponownie zmieniła swoją pozycję, kładąc się na trawie pożałował, iż nie ma przy sobie pod ręką żadnej kurtki, na której mogłaby się zwyczajnie położyć i uchronić nerki przed wyziębieniem.
- Tak.. Londyn to odpowiednie miejsce na zmianę.. – Odpowiedział jej zmartwionym głosem i przyciszonym. Zupełnie nie tak jak zamierzał. Gdy ponownie się odezwała, od razu więc podchwycił jej temat.
- A czego nie chcesz? To zawsze jakiś krok do przodu w twoich planach. – zagadnął chyba bardziej dlatego, by odsunać od siebie ten temat niż dowiedzieć się o niej czegoś więcej. A to, że jakieś informacje zdobędzie – to można zaliczyć do plusów w inną pulę.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Nie 12 Wrz - 1:13

Delikatnie uniosła kąciki ust, gdy przysiadł się obok niej. Nie, nie odbierała ich sytuacji jako romantycznej. Głównie dlatego, że nie widziała w nich niczego poza parą znajomych. Co prawda, dostrzegała zarys pewnego, zdartego już do obrzydzenia wzoru. Noc, gwiaździste niebo i dwójka nastolatków. To z odgórnie wyglądało na schadzkę kochanków. Lorelle jednak tak tego nie odbierała. Zawsze przecież musiała być przeciw pozorom i wszelakim uprzedzeniom. Dla niej był to miło spędzony czas, na frywolnym gawędzeniu o potocznym wszystkim i niczym. To, że do towarzystwa miała Lucasa, nie zmieniało nic. Zdawała jej się, że małymi, niby błahymi krokami w ich znajomości, regularnie budował w niej zaufanie. Zapewne nieświadomie, ale jednak. Czuła się przy nim po prostu swobodnie.
- Nigdy nie byłam na żadnej farmie, więc chętnie przyjmę zaproszenie.
Odparła wesoło, patrząc na niego z ukosa. Była typowym dzieckiem cywilizacji. Pozbawionym bliższego kontaktu z naturą, którą swoją drogą, bardzo lubiła. Ot. Zdawała jej się o wiele ładniejsza, niż zbitek betonowych potworów, piętrzących się niczym biblijna wieża. Tak, tak! Lorelle mimo iż należała do czystokrwistego rodu czarodziejów, interesowała się mugolami. Czytała książki autorstwa niemagicznych, poznawała ich kultury, obyczaje i nawet religie, w jakie wierzyli. Podziwiała ich zaradność i pomysłowość. Oraz różnobarwność tradycji. Która była jedną z najbardziej niewygodnych plam na jej sylwetce. Szanowała ją. Bo była elementem, nie, była spoiwem, które łączyło ją z wcześniejszymi pokoleniami. Ale, nie chciała za nią ślepo podążać. Oj nie.
- Hm, nie chcę być uzdrowicielem, magomedykiem, ogólnie, nie chcę pracować w świętym Mungu – zaczęła otwarcie. Pocierając o sobie dłonie, nieco skostniałe od zimna. Była bowiem typem, lubującym się raczej w ciepłych temperaturach. - Z resztą, co do Ministerstwa Magii także mam mieszane odczucia. Chciałabym być kimś, kto może cokolwiek zmienić, ale nie chcę być psem, który biega tam, gdzie karze jakikolwiek minister.
Pragnęła uświadomić innym coś ważnego. Coś, czego jeszcze nie odkryła. Wskazać drogę ku lepszemu, zadbać o szczęśliwy byt przyszłych pokoleń. Jej nadopiekuńczość, przejawiała się w każdy możliwy sposób. Nawet bezwarunkową miłość do świata i jego wszystkich mieszkańców. Nie wyobrażała sobie jednak, że z własnej, nieprzymuszonej woli zostanie członkiem ministerstwa, pełnego naiwnych iluzji o sprawiedliwości. Nie wierzyła już w bajki. Była świadoma tego, jak miała się praca w danych departamentach. I nie mogła znieść tego, jak oni mogli tak szybko zapomnieć o niebezpieczeństwie pod postacią czarnoksiężnika o imieniu, które – nie wiedzieć czemu – zabroniono wymawiać. Strach był rzeczą ludzką, to prawda. Lecz nie była to zwykła rzecz, tylko bariera. Którą miało się przeskoczyć, a nie omijać.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Nie 12 Wrz - 11:34

Sceneria była romantyczna. Sytuacja nie. Pod tym względem więc nieco się różnili, jednak o tym nie rozmawiali, więc nie warto było kontynuować tego tematu.
Na informację o tym, że nigdy nie była na farmie wcale się nie obruszył. Mało kto miał styczność z sianem, ze zwierzętami wiejskimi oraz innymi aspektami tak charakterystycznymi dla tego typu gospodarstw. Przed jego oczyma wyobraźni zawitał obraz stada bydła popędzanego przez kilka osób na koniach. Czy Lorelle zechciałaby wziąć udział w czymś takim? Nie miał bladego pojęcia czy dziewczyna w ogóle potrafi jeździć konno. No, ale to odległe plany ze względu na zbliżającą się 10miesięczną przerwę od farmy.
- W takim razie mam nadzieję, że jesteś przyzwyczajona w takim razie do wczesnych pobudek. – Powiedział z trochę dzikim uśmiechem na twarzy i rozbawieniem, chcąc zobaczyć reakcję na te słowa. Oczywiście, rytm dnia był inaczej wyznaczany na farmie, przynajmniej tej należącej do jego rodziny. Nie każdy był do tego przyzwyczajony, a gości to oni niewielu przyjmowali. W każdym razie nie zmieniał swojej pozycji, ale przyciągnął ku sobie dłonie, aby próbować je jakoś rozgrzać. Zaczynało robić się naprawdę zimno, a przecież mogą przebywać poza terenami zamku najpóźniej do 22. a Lucas wolałby nie przekraczać tej godziny.
Cóż, blondyn starał się interesować aktualnymi wydarzeniami, jednak nie podejrzewał do tej pory że Lorelle jest córką słynnej magomedyczki. Owszem, jej nazwisko obiło mu się o uszy, jednak nie specjalnie skleił ze sobą fakty. Dopiero teraz, gdy dziewczyna zaczęła o tym mówić, coś mu zaświtalo niejasno w głowie. Może po prostu chce pokazać, że nie ma nic wspólnego z tą kobietą a jej nazwisko kojarzone jest błędnie ze wspomnianą wcześniej kobietą. W każdym razie na słowa brunetki przeniósł spojrzenie w jej stronę.
- Najpierw chyba trzeba trochę pobiegać jeśli chce się coś zmienić. Nie ma przecież nic za darmo, co nie oznacza że nie dojdziesz gdzieś wysoko. – Takie było jego zdanie ot. W każdym razie nie miało sensu chować się z tym. – Masz jeszcze przed sobą dwa okrągłe lata nim będziesz musiała zdecydować co postanowisz. – Mruknął w jej stronę trochę weselszym tonem, czując że ten temat jest dla Lorelle pewnym.. nie tyle utrudnieniem, co sprawia że trochę pochmurnieje. Albo jemu tak się tylko wydaje.
Przeniósł spojrzenie ponownie w gwiazdy, odnajdując Wielki Wóz i wpatrując się w niego, zaczął się zastanawiać czy ma w ogóle jakiekolwiek szanse na pracę w ministerstwie. Zawsze może spróbować jako kelner bądź barman w pubie tak na początek. A w Londynie jest tego pełno. Nie to co jego rodzinne miasteczko gdzie wszyscy o wszystkim wiedzą i każdy z każdym się zna. Londyn dla Lucasa to miasto wielkich możliwości. Może to było z jego strony nieco bardziej naiwne niż realistyczne, ale nie zamierzał się poddawać pierwszymi porażkami.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Nie 12 Wrz - 12:16

Jego wspomnienie na temat rannych pobudek, starło z końcówek jej rzęs złudną nadzieję. Dla niej wstawanie o siódmej rano było najgorszym okrucieństwem. Odtąd, nawiedzającym ją monotonnie co dzień. Zaczęła się szkoła. Prace domowe. Ograniczony czas snu i wiele innych, mniej i bardziej błahych nieudogodnień. Kochała mimo to Hogwart. I wiele radował ją fakt, że będzie mogła w nim pozostać jeszcze przez dwa okrągłe lata. Zamek był jej domem. Chroniącym nie tylko od panujących na zewnątrz warunków pogodowych, ale i całego zła świata. Wszystko to, co pozostawało poza obrębem jego murów, stawało się w jednej chwili mało ważne. Bo tu, w tym miejscu była bezpieczna. Współczuła każdemu siemiorocznemu oddechu prawdziwej dorosłości na karku. Ona wcale nie chciała kończyć swojego dzieciństwa. Przeciwnie. Pragnęła, aby trwało ono jak najdłużej.
- Ekhem, – odchrząknęła teatralnie – raczej nie należę do tych, co wstają o bladym świcie. Więc z tym, to może być jednak problem.
Nie wspominając o tym, że nie miała zielonego pojęcia o życiu zwykłych ludzi, ich pracy w domu i choćby na farmie. Od dzieciństwa służyły jej domowe skrzaty. Wyręczając z każdej czynności. Od przygotowania śniadania, po pościelenie łóżka i ogarnięcie chaosu panującego w jej sypialni. Jej jedynym zadaniem było to, aby dobrze prezentować się przed gośćmi swojej matki. I raz na rok, powitać w progu ojca. Który miał w irytującym zwyczaju, pojawiać się i znikać z jej życia. Bez żadnego ostrzeżenia. Nieproszenie. Nie, nie to, żeby miała do niego za to żal. Nie miała. Po prostu. Zastanawiała się, dlaczego los upatrzył sobie ją, jako swojego kozła ofiarnego. Bo pomimo iż zdawało się, że miała wszystko na pstryknięcie palcami, to dla Lorelle życie było stromym wzgórzem, po którym wspinała się niczym mitologiczny Syzyf. Ciągle się potykając i spadając, aby znów powstać i zacząć walkę z samą sobą od nowa. Ufała zasadzie - co cię nie zabije, to wzmocni. Choć bywały momenty wątpliwości.
Nie dziwne, że Lucas nie kojarzył jej z rodzicielką. Nazwisko miała sławne, to fakt. Ale, powiedzmy sobie szczerze, nie była osobą, która chodziła dumna niczym paw, rozgłaszając to na prawo i lewo. Dlatego też, jedynie jej bliżsi znajomi i Ci, mający także wpływowych rodziców wiedzieli o jej pochodzeniu. Była z tegoż powodu, bardzo zadowolona. Wyrabianie sobie renomy na plecach matki, ojca, brata, kuzyna po trzeciej wodzie czy kogokolwiek innego, budziło stanowczy sprzeciw jej dumy. Nie wyobrażała sobie, iż mogłaby postąpić w taki sposób. Miała sama zasłużyć na szacunek innych.
- Właśnie dlatego, że bieganie na jedno zawołanie jest koniecznością, by wspiąć się na drabinę kariery w ministerstwie, raczej tam nie postanie moja noga – oj, nie, nie. Choćby miała żyć, dzięki odziedziczonemu majątkowi – swoją drogą, ten wystarczyłby nie tylko jej na spełnioną egzystencję, ale i paru przyszłym pokoleniom... - to nie pozwoli sobie na taką hańbę. Prędzej pójdzie po pomoc do ojca. - Tak, zostało mi na szczęście jeszcze parę miesięcy na uporządkowanie swoich wartości, marzeń i wyobrażeń. Więc, nie muszę się martwić zmarszczkami od stresu.
Zaśmiała się lekko, unosząc ciało ponownie do pozycji siedzącej i spojrzała wprost w oczy Krukona. Ciekawa, jak zareaguje na taki ruch.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Nie 12 Wrz - 12:31

A jednak zachowała się tak, jak podejrzewał – nie była zdecydowanie rannym ptaszkiem, który z uśmiechem na twarzy wstaje by obejrzeć pierwsze promienie słońca. Swoją drogą, ten kto tak czynił, z całą pewnością musiał mieć trochę nie po kolei w głowie. Mimo tego, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech rozbawienia, a oczy ponownie zabłyszczały.
- Nie martw się, nie będę aż tak brutalny. – Powiedział, spoglądając na nią kątem oka. Zaśmiał się pod nosem i postanowił odwrócić się w jej stronę, by utrzymać kontakt wzrokowy z rozmówczynią. W końcu to jego nawyk, prawda? – Nie zagonię ciebie przecież do pracy w stodole czy przy dojeniu krów. – Odparł, błyskając przy tym szeroką gamą swoich zębów.
Wysłuchał jej wypowiedzi uważnie i trochę zmarkotniał. Podniósł dłoń do góry i przesunął nią po karku, na którym nie było śladów potu, ale widniała gęsia skórka. Bleh – nie lubił tego. Nie było mu przeraźliwie zimno, ale.. no nieważne. Nie chciał zdradzać się ze swoim statusem majątkowym i palnąć głupoty w stylu ‘ja nie mam innego wyjścia’, wiec podniesienie się Lorelle do pozycji siedzącej niejako ułatwiło mu zadanie.
Ściągnął brwi i zamknął usta, które wykrzywiły się w uśmiechu i gdyby nie to, że w oczach iskrzyła się wesołość, można by przypuszczać że na coś się gniewa. Nawet pochylił się w jej stronę, przez co ich twarze zbliżyły się na niebezpieczną odległość – czym Lucas nie przejął się, bo to zachowanie wydawało mu się zupełnie naturalnym w tej sytuacji.
- Czyżby to była jakaś aluzja? – Skwitował jej ostatnie słowa, po czym uśmiechnął się szeroko.


avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Nie 12 Wrz - 14:17

Lorelle wstawała niekiedy bladym rankiem, by porozciągać mięśnie i nasycić się świeżym powietrzem. Lubiła biegać po trawie skąpanej w błyszczącej rosie. Podziwiając bujne ogrody wokół posiadłości państwa Blackwell. Czasem miała wrażenie, że wysoko piętrzące się drzewa są swoistym labiryntem. A ona, niczym bajkowa Alicja, błądzi wśród nich. Poszukując za każdym krzakiem śladu zajęczych łapek. Jej dom był stereotypową, złotą klatką. Pewne tradycje w nim panujące, były gorsze nawet od szorstkich więzów i kawałka szmaty, mającej udawać knebel. Nosiła na sobie brzemię odpowiedzialności za to, kim miała wątpliwą przyjemność być. Dlatego, jej cele nie odbiegały od marzeń Lucasa na temat wolności, bądź lepszego jutra.
Dojenie krowy? Pamiętała, jak ojciec niegdyś kpił sobie z niej, gdy była jeszcze małym brzdącem. Powtarzając ciągle, że mleko nie jest z kartonu, lecz od krowy. Sprawdziła w bardziej wiarygodnych źródłach i okazało się, iż miał rację. Tyle że w encyklopediach nie pisało nic o metodzie dojenia tych zwierząt. Dlatego też, nie bardzo wiedziała, o czym mówił Krukon. Lecz, nie zamierzała wcale dopytywać. Czuła się zażenowana swoją ograniczoną orientacją w świecie.
- Jak miło, że okażesz mi tyle łaskawości. Wielce Ci dziękuję – rzuciła, unosząc wysoko podbródek i z nonszalancją machając lewą dłonią, tuż przed twarzą Lucasa. Po czym, bezwstydnie zaczęła chichotać.
Przestała dopiero, gdy się nieco pochylił w jej kierunku. Skracając dystans między nimi do dosłownego minimum. Mimowolnie odczuła dreszcz, skocznie tańczący po jej zesztywniałym kręgosłupie. Byli blisko siebie. Za blisko. Miała wręcz wrażenie, że jej towarzysz śmie kraść jej w ów sposób oddech. Z jednej strony chciała uciec jak najdalej od jego wesoło iskrzących się oczu. Z drugiej natomiast, pragnęła się w nich zatopić na całą wieczność. Kolejna paranoja w ciągu jednego dnia. Paranoja paranoi? Możliwe. W jej przypadku, to w ogóle wszystko było możliwe.
- Zimno – odburknęła, nie odpowiadając na jego pytanie. Szybko wstając i machinalnie otrzepując spodnie. - Jest już późno, powinniśmy wracać.
I nie czekając na jego reakcję, giętkimi krokami zaczęła zmierzać w stronę zamku. Dla niej, ten wieczór miał z całą pewnością za wiele wrażeń. Potrzebowała snu, nie tyle by się zregenerować, lecz aby przestać myśleć o Delilah, Clayu, Lucasie i nawet Zoe. Jak to możliwe, że porządek buduje się cierpliwie przez irytująco wydłużający się czas, a później jeden moment, pojedyncza sekunda potrafi go zwyczajnie zburzyć aż po fundamenty? Czysta niesprawiedliwość.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Nie 12 Wrz - 18:44

Lorelle nie była aż tak odosobniona od natury niż początkowo sądziła – posiadając ogromną posiadłość, ogród również powinien być dość okazały. Może i nie rosło tutaj nic dziko, wszystko było uporządkowane i zadbane, ale rośliny to rośliny, połowa przyrody.
Pod względem wolności, oboje mieli swoje własne wyobrażenia: dla dziewczyny było to odcięcie się od matki, dla niego zaś od biedy jaka zaglądała każdego dnia do rodzinnego domu.
Już po chwili na jego twarzy pojawił się iście szeroki uśmiech, gdy dziewczyna z aktorskim talentem zdradziła swoje rozbawienie. Nie długo udało mu się trzymać zamknięte usta oraz tłumić śmiech w gardle. Gdy chichotała, on zawtórował jej dopóty nie podniosła się.
Jego niebieskie oczy strzelały dookoła radością, a unoszące się ramiona wciąż mówiły o tym, że rozbawienie zawitało na dobre w jego osobie. Czuł się tak beztrosko, że aż zdziwił się w głębi ducha. Przy Lorelle nie musiał się krępować, a jego spontaniczne zachowanie jej nie przeszkadzało. A przynajmniej na razie tego nie dawała po sobie poznać. W każdym bądź razie teraz patrzył jej w oczy, stalowo niebieskie które przywodziły mu na myśl stanowczość. Nie sądził, że dziewczyna nie czuje się zbyt dobrze gdy tak blisko trzyma przy niej swoją twarz. Był to dla niego prosty gest, o którego skutku nie pomyślał. W każdym razie do czasu, gdy sam zaczął się dziwnie czuć. Doszło do niego, że czuje na swojej skórze oddech brunetki, a tym samym ogranicza jej przestrzeń osobistą.
Nie otrzymał odpowiedzi, a gdy wstawała odsunął się do tylu, unosząc przy tym brwi w zdziwieniu. Jego umysł zaczął być nękany natrętnymi myślami dotyczącymi jej zachowania. Dlaczego nie zaczęła się śmiać i nie odepchnęła go ot tak, dla zabawy? Spodziewał się trochę innej reakcji z jej strony.. ta, którą ujrzał nie tyle mu się nie spodobała, co zaczęła go dręczyć. A on nie spocznie, dopóki nie dowie się tego, co chce wiedzieć.
- Tak, masz racje. – Sam podniósł się z ziemi, otrzepując zadek lekko zziębniętymi dłońmi. Kiedy zajmował się pseudoczyszczeniem materiału, tak właściwie zatopił się w swoich myślach. A gdy podniósł ponownie głowę, Lorelle oddalała się. Co go ponownie zbiło z tropu. Może nie usłyszal słów jej pożegnania? W
W każdym bądź razie od razu spiął mięśnie i kilkoma szybszymi krokami doszedł do niej, wsuwając część kończyn przednich do kieszeni.
- Coś się stało? – ten sposób pytania wydał mu się banalny, ale miał nadzieję uzyskać odpowiedź. Może to zachowanie przypomniało jej coś z przeszłości? Albo kogoś? Albo coś? Zwyczajnie się martwił o nią. Nie zachowywała się tak, jak z nią wcześniej rozmawiał.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Nie 12 Wrz - 19:18

Czuła się tak, jak w Edynburgu. Tyle że z Williem było inaczej. Mogła od niego uciec i zamknąć wszelkie, tajemnicze emocje w rozdziale przeszłości. Mając świadomość, że te nigdy stamtąd nie powrócą. Co ją cieszyło i gnębiło zarazem. Wiedziała, że te momenty jej życia i tak kiedyś wrócą, odbijając się mocnym echem. Ale, o wiele wygodniej było je wpierw odepchnąć. Łudząc się, że nie będą na tyle silne, aby znów się pojawić. Pod tym względem, Lorelle była hipokrytką. Bowiem uwielbiała innym powtarzać, że jedyną drogą do osiągnięcia swoich celów, jest walka nie tylko z niesprzyjającymi warunkami świata, ale, przede wszystkim!, z własnymi wadami i słabościami.
Objęła się mocno ramionami. Nie z powodu otaczającego jej chłodu, ciało zdążyło się do niego już przyzwyczaić. Kolejny raz w krótkim odstępie czasu, była wewnętrznie rozdarta. Zagubiła samą siebie na którymś z zakrętów i teraz spotykały ją tego przykre konsekwencje. Za dużo niedomówień wisiało w powietrzu, którym się co dzień żywiła. Za mało spraw mogła objąć swoim rozumem. To ją przerastało. Biczowało niezdrową ambicję. Z zdezorientowaniem odkryła, że po policzku spływa jej ciężka kropla o słonawym posmaku.
- Nic mi nie jest, naprawdę – przekonywała słabo. Ukradkiem ścierając ślady spod oczu. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz płakała. Nie wspominając już o takim publicznym występie. Choć zawsze pchała łapki, by wtrącać się w życie uczuciowe znajomych, to sama chowała swoje głęboko do kieszeni. Nie zwierzała się nikomu, prócz własnej poduszki. Nie, nie uważała łez jako słabości, którą trzeba skrywać jak długo się da. Po prostu. Nauczyła się ignorować własne potrzeby emocjonalne. Twierdząc, że gdy się ich nie widzi, to się przez nie cierpi. Oczywiście, było wręcz przeciwnie. Im dłużej je w sobie dusiła, tym rana na sercu stawała się coraz większa.
Wybacz, proszę – zatrzymała się raptownie, zaciskając skostniałe palce na materiale jego swetra. Potrzebowała ciepła, którym emanowała w kierunku innych, lecz sama rzadko była nim obdarzana. - Ja, nie chcę być teraz sama.
Jej szczerość, była dla niej aktem obnażenia się przed Krukonem aż po same kości. Ale, w tamtym momencie nie dbała o to, co może sobie o niej pomyśleć. Ważne było to, że czuła pod dłonią równomierny rytm jego serca. Ta swoista melodia bez słów koiła jej duszę. Pozwalając uspokoić nieco oddech. Jednak maska, którą dotąd nosiła dzielnie udając, że żyje w bajce, zsunęła się z jej twarzy. Roztrzaskując na niezliczoną ilość ostrych kawałków. Koniec końców, była jedynie niestabilną emocjonalnie pannicą z rozbitego domu. Nikim ponad to. Przykre, lecz niestety prawdziwe.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Nie 12 Wrz - 19:51

Lorelle szła dalej, a on przy jej boku nie spuszczając z niej strapionego spojrzenia. Na jej słowa, nieobdarzone nawet w połowie stanowczością ściągnął brwi. Jej głos brzmiał tak, jakby zaraz miała uciec bądź rozpłakać się. W dodatku ten gest, który oznaczał próbę ukojenia swoich uczuć kąsających boleśnie jej umysł oraz serce. Szukała zrozumienia i pocieszenia, jakiegoś ramienia na którym mogłaby się wesprzeć. Ale przecież Puchonka miała bliskie koleżanki, z którymi mogła podzielić swoimi myślami czy rozterkami.
Przyglądał się jej uważnie, dlatego też nie umknął mu gest przecierania oczu. Zwłaszcza, że zaczęli zbliżać się do zamku, a co za tym idzie – oświetlenie stawało się coraz większe. W każdym razie nie zrobił na razie nic, nie wiedząc tak do końca jak zareagować. Mógłby ją objąć ramieniem, ale Lorelle tym samym mogłaby odburknąć mu, że za dużo sobie pozwala i odejść obrażona. Mogłaby również wybuchnąć śmiechem, mówiąc że to żart. Nie znał jej na tyle dobrze, by powiedzieć jak się zachowa na jego gest.
Kiedy wypowiedziała dwa słowa, zatrzymał się w połowie kroku czując dwa małe przyczepy na swoim swetrze. Nie krył swojego zdziwienia malującego się na twarzy, ale nie wypowiedział ani jednego słowa. Zwyczajnie go zatkało.
Nie zwlekał jednak zbyt długo, żeby nie pomyślała czasem, iż się nią brzydzi. Serce mu się krajało na dźwięk jej tonu. W sekundę później trzymał jedną dłoń na jej plecach, zaś drugą na głowie, przytulając ją do siebie na tyle delikatnie, by miała jeszcze czym oddychać.
- Nie przepraszaj.. rozumiem.. – w końcu wydusił z siebie ściszonym głosem. Pamiętał te wszystkie momenty, w których potajemnie jako dziecko płakał do poduszki, winiąc się za śmierć matki. Aż zbyt dobrze rozumiał ją w tym momencie. - Nigdzie się nie wybieram. - Może było to suche zapewnienie, ale w tym momencie Lucas czuł że powinien to powiedzieć. A tak właściwie wargi same się poruszyły, dając tym samym obietnicę Lorelle.
Gdy trzymał ją w swoich ramionach, miał wrażenie że trzyma coś niezwykle kruchego i cennego, co trzeba za wszelką cenę ratować. W końcu pochylił głowę, opierając lekko podbródkiem o jej włosy, dłonią ostrożnie i niemalże niewyczuwalnie przesuwając po jej plecach. Z jednej strony chciał, aby się wypłakała i wyżaliła, wydusiła z siebie wszystko co zamknęła w swoim wnętrzu. Z drugiej jednak, serce mu się rozrywało na myśl, iż tak wiele bólu trzyma w sobie brunetka.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Nie 12 Wrz - 20:20

Chlipała żałośnie, z wdzięcznością przyjmując ciepły dotyk dłoni chłopaka. I nawet odczucie tego, jaka jest przy nim drobna, nie miało prawa zaprzątać jej myśli. Tak, miała duże grono znajomych, w tym trzy wspaniałe przyjaciółki. Ale, Alex nie nadawała się na ramię do wypłakiwania się. Delilah ciągle przebywała z Clayem, nieumyślnie odseparowując się od Lorelle. A Gwen mijała się z nią w jakiś nad magiczny sposób. Bo jak wyjaśnić to, że nie widziały się tak długo, będąc w jednym domu? Z resztą, nie chciała jej teraz zaprzątać głowy swoimi błahymi problemami. Wisiało nad nią w końcu widmo poważniejszych dylematów, a młodsza Puchonka nie zamierzała jej przeszkadzać w wybieraniu życiowej drogi. Decyzje, które wkrótce mieli podjąć siedmioroczni, miały zadecydować o ich przyszłości. Więc jej rozterki uczuciowe, były przy tym jedynie ledwie widocznym pyłkiem. Z kolei jej zwykłe koleżanki, nie były osobami na tyle dla niej zaufanymi, aby pozwoliła sobie na uzewnętrznianie się w ich obecności. I oto jej podświadomość zarysowała kolejną zagadkę. Kim był dla niej Lucas, jeśli nie należał do grupy zwyczajnych znajomych? Bądź co bądź, rozpłakała się przy nim. Ba! Wymusiła na nim coś na kształt uścisku, depcząc jego przestrzeń osobistą i nie przejmując się wcale, naruszeniem swoich zasad zachowania w towarzystwie. Stojąc tak blisko, musiała zadrzeć wysoko głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy. Kryło się w nich coś, prócz naturalnego zażenowania. Krzta czułości? Czyżby budziła w nim współczucie? Rozluźniła nieco zacisk swoich palców, uwalniając spod nich szorstki materiał. Dłonie jednak wciąż pozostawały w ścisłym kontakcie z ciałem Krukona. Dobrze, że ten sucho zapewnił ją o tym, iż nie chce jej zostawiać. Gdyby użył innego tonu, uznałaby to za jasny znak, iż miała rację, co do współczucia wobec jej marnej osoby. A wtedy, zapewne uciekłaby szybciej niż mógł to sobie wyobrazić.
- Chyba, ja się chyba pogubiłam w tym co muszę i mogę – zaczęła się pokrętnie tłumaczyć, tym razem pokornie opuszczając ciemną czuprynę. Jej policzki pośpiesznie nabierały szkarłatnego odcieniu. Paląc skórę żywym ogniem zawstydzenia. - Nie wiem już, co czuję. Do siebie, do innych, do ciebie z resztą też.
Z kącików oczu, znów potoczyły się łzy. Widocznie były jej potrzebne do oczyszczenia się. I tylko dlatego, nie próbowała ich na siłę powstrzymywać. Albo wyrzuci z siebie wszystko teraz i będzie mogła wstać jutro rano ze świadomością wygranej. Albo przegra z samą sobą, powtarzając zamknięcie swoich uczuć i historia zatoczy koło. Nie wiedziała jeszcze, którą stronę na tym rozdrożu wybierze.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Nie 12 Wrz - 20:56

Jej ciało drżało pod wpływem emocji, jakie ją wypełniały. Po raz pierwszy zdarzyło mu się przytulać tak właściwie obcą osobę, mimo że było to jedynie wsparcie. Skupił się głównie na tym, aby własnie ją wesprzeć. Chociaż miał natrętne myśli dotyczące tego, dlaczego tak szybko wstała i zaczęła się oddalać. Może nawet uderzyły go wyrzuty sumienia z powodu tego, że zbliżył się twarzą do Lorelle i spowodował w niej pęknięcie w tamie przytrzymującej duży ciężar.
Nie, o tym teraz nie może rozmyślać. To byłoby zbyt egoistyczne gdyby zaczął analizować swoje zachowanie, zamiast zainteresować się całkowicie brunetką. Musiała kumulować w sobie te wszystkie emocje, gryząc się jedynie z własnymi myślami, nie pozwalając wypuścić ich na zewnątrz. W każdym razie nie zamierzał przerywać tego uścisku, stojąc twardo na ziemi.
Czuł się trochę dziwnie, ponieważ jego uwaga zebrała się w odczuwaniu ciepłego oddechu puchonki w okolicach jego mostku oraz przyczepionych dłoni na jego swetrze. Z całą pewnością słuchając rytmu jego serca mogła wyczuć, że przyspieszyło.
Poczuł jak próbuje wydostać głowę i spojrzeć na niego, dlatego też wyprostował się, nie zmieniając swojej pozycji. Po jego minie można było wyczytać, że poważnie traktuje tę sytuację i nie udaje zainteresowania. Gdyby Lorelle chciała się odsunąć, Lucas umożliwiłby jej to, trzymając ręce luźno na jej sylwetce. Zsunął dłoń z jej głowy, skracając tym samym ogromną ochotę smagnięcia palcami po jej kosmykach, między łopatki.
Kiedy jej dłonie rozluźniły się i przestały kurczowo trzymać się jego swetra, jak gdyby chcąc go zatrzymać przy sobie jeszcze dłużej niż potrzeba, poczuł jak krew ponownie podnosi się w górę i tam zatrzymuje. Dziwne, gdyż miał na sobie przecież dwie płachty materiału i nie powinien poczuć się tak, jak się poczuł. A co czuł? Otóż to, że brunetka wchodzi do prywatnej, intymnej sfery jego życia. Przecież trzymała jedynie dłonie na jego torsie, by wchłonąć choć trochę ciepła. Nie jego, ale kogokolwiek. Przecież nie był dla niej kimś szczególnym, czasem mijali się na korytarzu wymieniając krótkie ‘cześć’ i idąc każdy w swoją stronę. Był osobnikiem X, którego potrzebowała dla samego bycia obok niej.
A mimo to, zaczął wpatrywać się głęboko w jej zaszklone oczy, uwydatniające kolor niebieski tęczówek nie z powodu współczucia.
Gdy usłyszał jej słowa, pożałował że nie ma większego doświadczenia z dziewczynami. Tak właściwie to był tylko z Zoe, a i tak ich związek był nieprzeciętny. Z większym zapleczem z pewnością wiedziałby doskonale jak się zachować. A tak – każdy jego gest może zostać odczytany dwojako, tak samo jak zamiary. Obawiał się tego, że zrazi do siebie jakimś zachowaniem czy słowem puchonkę.
Nadal wpatrywał się w jej twarz gdy ją opuszczała, aż w końcu jego spojrzenie padło na czoło przyozdobione wąskimi kosmykami grzywki. W lepszym świetle widział zaróżowioną skórę policzków oraz uciekające łzy. Nie potrafił wydusić z siebie jednak żadnego słowa, gdyż kula która zrodziła się w jego gardle uniemożliwiła mu to. W każdym bądź razie ponownie zmienił pozycję prawej dłoni, dając odpocząć plecom Lorelle od ich ciepła. Zaraz jednak dziewczyna mogła poczuć szorstką skórę na swoim policzku i opuszki kciuka, który usilnie starał się usunąć gorzkie łzy. Lucas trochę się przygarbił, by móc spojrzeć na twarz dziewczyny i uśmiechnął się łagodnie, skupiając uwagę na ścieraniu łez. Na początku źle mu to szło, ale już po chwili z jej twarzy połowa ich zniknęła, nie docierając nawet do linii ust. Pod grubą warstwą naskórka wyczuł ten gorąc emanujący z jej rumieńców, jednak stwierdził że lepiej będzie gdy nie okaże im zainteresowania. Może wtedy dziewczyna trochę bardziej..się rozluźni?
Właściwie to sam nie wiedział co plecie mu umysł – jak ona może się rozluźnić skoro płacze? Otwiera się przed nieznanym sobie chłopakiem, którego być może nawet nazwiska nie zna!
Już po krótkiej chwili, jej słowa odbijały się po ścianach jego mózgu: „nie wiem już co czuję. Do siebie, do innych, do ciebie zresztą też.”. Jak mantra.
- Czy próbowałaś już z kimś o tym porozmawiać? – zapytał w końcu, przenosząc wzrok na jej oczy. Jego głos w końcu wydostał się z wyschniętego gardła – całe szczęście.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Pon 13 Wrz - 21:12

Zdziwiła się, słysząc pośpieszny stukot serca. I na dodatek, bynajmniej nie własnego. Jej co prawda także donośnie huczało, jednak zachowywało równomierny rytm. W przeciwieństwie do tego, należącego do Lucasa. Zwalniającego i zrywającego się niemal do lotu na przemian. Tłumaczyła to samej sobie, że każdemu chłopakowi podniosłaby w takich okolicznościach tętno. Bądź co bądź, to co mu zaprezentowała tego wieczora znacznie odbiegało od typowych, koleżeńskich spotkań. Od samego ich zatknięcie się w szklarni, aż po ten moment przy pomoście. Miała wrażenie, że - jak zwykle z resztą - los odegrał na jej nosie mało zabawy żart. Czemu to zawsze ona trafiała na ironiczny humor fortuny? Cóż, było to zagadką całego jej życia. Lorelle nie zdawała sobie sprawy z podróży rąk Krukona po jej własnym ciele. Dla niej w tamtej chwili, ona i Lucas stali pośrodku mydlanej bańki niemych wyobrażeń, w której nie było ani horyzontu wyznaczającego jakieś granice, ani końca jej bądź początku jego. Byli jednością. Ciasnym splotem ciepła. Czymś, co było jednocześnie niezwykle skomplikowane i proste. I nawet to, że fruwały tuż obok nich bezczelne problemy, ukradkiem przedostające się przez ich małą barierę, wcale jej nie przeszkadzało. Wiedziała, że póki ma przystań w jego postaci, nie zagubi się wśród ostrych fal wewnętrznego sztormu. Był niczym latarnia morska. Niósł światło nadziei w mroku nocy. Mimo, iż przecież znali się naprawdę dość przelotnie. Oczywiście, znała jego nazwisko. Była zorientowana, do której klasy uczęszcza, w jakim jest domu i nawet niegdyś, uświadomił ją ile łyżeczek cukru dodaje do herbaty. Jednak, te wszystkie informacje były zaledwie skrawkiem złożonej osobowości Lucasa. Musiały być. W końcu człowiek nie składa się jedynie z listy tego, co lubi i czego nie lubi. Jest o wiele bardziej złożoną istotą. Wiedziała o tym. Lecz i tak kurczowo ściskała złudzenie, iż zna go o wiele lepiej. Inaczej by mu nie zaufała. Nie pokazała łez. Z pewnością miała w sobie wyjaśnienie na tą zagwozdkę, ale warunki w jakich się znajdowała, wyjątkowo odciągały jej uwagę od tego tematu. Egoizm przemawiał pełnią płuc. Zapominając o reszcie świata.
Ale kiedy spojrzała w jego oczy, błyszczące podobnym cierpieniem co jej własne, wiedziała że nie był tylko anonimową personą. Taką jest dziesiątki jej innych znajomych. Składających się jedynie na zbitki powiązanych wiadomości, które krążyły po szybko zapominanych odmętach umysłu. Przez tą jedną chwilę, stał się kimś więcej. Choć nie umiała jeszcze nazwać jego pozycji w hierarchii osób mniej i bardziej ważnych. Na jej własne życzenie, stał tak blisko, że nie jednorazowo naruszył, lecz wręcz nieodwracalnie zmącił jej przestrzeń osobistą.
Po kręgosłupie przebiegł jej skoczny taniec dreszczy, gdy pochylił się nad nią. Delikatnie ścierając z twarzy ślady płaczu. Jego palce były szorstkie. Idealnie kontrastując z nieskazitelnie miękką skórą Puchonki, która to patrzyła na niego z iście dziecięcą ufnością. Zamknęła powieki, dopiero gdy zapiekły ją mocniej policzki. Przywołując na siebie kolejną warstwę płomiennego rumieńca. Wbrew jego mało optymistycznym przewidywaniem, powoli rozluźniała spięte boleśnie mięśnie. Pozwalając także, by płuca rozłożyły się niczym skrzydła. Kosztując, a nie spazmatycznie kąsając wokół unoszący się tlen. Lorelle się uspakajała. Mozolnie co prawda, jednak stawiała małe kroczki w dobrą stronę. Takie, właśnie małe kroczki wbrew pozorom były bardzo ważnym etapem. Bez którego zapewne rozkleiłaby się zupełnie.
Ponownie zadarła ku górze ciemną czuprynę, słysząc jego lekko zachrypnięty głos. Panienka Blackwell lubiła rozwiązywać problemy, ale jedynie z założeniem, że należały do kogoś innego. Sama nie kwapiła się do zwierzenia i otwartej rozmowy na temat swoich rozterek. Mimo wszystko, była dość zamknięta w sobie. Co bezpośrednio wynikało z jej niepewności wobec siebie i własnych możliwości. Oraz faktu, iż nigdy nie mówiła o swoich uczuciach wprost. Chyba, że jej rozmówcą była poduszka albo Michael. Niestety jej kochany kuzyn ostatnio nie dawał znaku życia. Budząc w drobnej postaci Lorelle mieszankę złości i troski. Ogólnie rzecz biorąc, nie miała komu się wyżalić, ani ochoty na to, aby szukać odpowiedniego kandydata. Pozostawiała więc swoje wątpliwości na swobodzie, ewentualnie je odganiając od siebie jak natrętne owady bzyczące przy samym uchu. Przynajmniej aż do tego momentu, gdy tama jej czystej ignorancji pękła. Uwalniając wszystko to, co skrupulatnie się w kumulowało przez długie miesiące.
- Nie, nie próbowałam – odpowiedziała słabo na pytanie Lucasa. Tym razem, nieudolnie próbując uciec od ich kontaktu wzrokowego.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Czw 16 Wrz - 16:23

Ni e był pewien czy właściwie powinien się tak czuć czy nie. Przecież Lorelle była jedynie przypadkową znajomością – przynajmniej tak sobie to próbował tłumaczyć. Czy zaczyna za dużo myśleć z powodu jej wcześniejszych słów? Dotyczących jej uczuć do wszystkich, do samej siebie, a nawet i do niego? Zaintrygowało go po prostu co czuje do niego?
Nie potrafił sobie nawet wyobrazić jak zachowałby się bez tych słów. Wiedział doskonale o tym, że puchonka jest za bardzo zagubiona, a jej myśli zbyt chaotyczne by mógł w jakiś sposób nakierować ją. Owszem, mógł spróbować manipulacji jej uczuciami i wiedział doskonale, że ktoś taki jak Victor na pewno wykorzystałby okazję. Ale Lorelle z pewnością nie pozwoliłaby sobie na taką chwilę słabości przed śliz gonem (i dałby sobie za to rękę uciąć). Mógłby w egoistyczny i bezczelny sposób wywołać jeszcze większy zamęt w jej głowie kilkoma słowami, ale nie taka była jego natura. Prosty farmer z prostymi zasadami, który trzymał w ramionach rozbitą wewnętrznie dziewczynę.
Przez myśl mu nie przeszło to, iż dla brunetki jego osoba może być znacząca i ważna. W pewnym stopniu oczywiście. Nie śmiał w ogóle domyślać się, iż istotka o poważnych, niebieskich oczach, które przypominały dwie cechy charakteru: zdeterminowanie i powagę, zaczęła go traktować nieco inaczej. Teraz jego najważniejszym punktem było uspokojenie jej.
Ośmielił się w końcu spojrzeć prosto w jej oczy i dziękował, że jego ewentualne rumieńce nie są aż tak widoczne jak dziewczyn. Jednym zdaniem: był gruboskóry, o. Nie potrafił powstrzymać się przed tym prostym gestem ścierania jej łez, podświadomie łaknąc jakiegoś kontaktu z płcią przeciwną. Wiedział, że jego dłonie nie należą do tych, które chciałoby się dotykać, że są nieprzyjemne i poharatane na tyle, by pomyśleć od razu, że Lucas ma w rodzinie kilku niemagicznych ludzi. Ale kiedy już jego opuszki palców znalazły się blisko jej policzków, a po chwili zaczęły ścierać perliste łzy, nie mógł oderwać wzroku od jej twarzyczki. Duże oczy, choć zaczerwienione od płaczu, szkliły się z żalem i smutkiem, ale miały również w sobie mały dodatek ufności skierowaną do niego. Lorelle nie wykrzywiała przecież ust w grymasie niezadowolenia bądź nie marszczyła nosa. Po prostu płakała, cierpiąc samotnie i nikomu o tym nie mówiąc.
Obawiał się tego, że brunetka podpisze jego gest opiekuńczy pod bezczelność i odsunie się, powie coś niemiłego i odejdzie. Nie znał jej przecież na tyle, by powiedzieć że tak nie uczyni. Z ulgą zobaczył jak wdzięcznie przymyka powieki i rozluźnia się. Kąciki jego ust drgnęły, a on już po chwili się uśmiechał delikatnie. Nie, nie śmiał się z niej, a oczy jedynie potwierdzały fakt, że chłopak nawet o tym nie myśli. Ucieszył sięz faktu, że niejako rozluźniła się przed nim.
Dopiero po jakimś czasie, gdy niebieskooka wpatrywała się w jego twarz z dziecięcą ufnością, odważył się zsunąć dłoń z jej policzka. Przesunął na jej ramię, ale zatrzymał ją może na dwie-trzy sekundy. Suma sumarum – ręka wylądowała ponownie na jej plecach, przyłączając się do drugiej, a dziewczyna wciąż pozostawała w bliskim kontakcie z ciałem Lucasa. Żałował, że musiał ją zsunąć. Jej skóra była tak delikatna jak płatki róży, tak gładka jak jedwab (mimo, że nie miał go nigdy w ręku), tak wspaniała..jak tylko można sobie wyobrazić. Na pierwszym miejscu stawiał jednak potrzeby innych, nie swoje, więc logicznym mu się wydawało wycofanie dłoni z jej twarzy. Gest ten przeznaczony jest dla zażyłych przyjaciół, ale ruch ten wyszedł od chłopaka tak nieoczekiwanie, że nie zdążył się nad nim zastanowić.
Kiedy usłyszał nieśmiały szept, niemalże od razu jej odpowiedział. Mimo, że nie zadała żadnego pytania . nie myśląc o tym, że sam się otwiera przed nią. W pewnym stopniu. Nie zdając sobie sprawy z tego, że po raz kolejny prawi kazanie.
- Powinnaś porozmawiać z kimś jeśli masz problem, a sama nie potrafisz go rozwiązać. – Widział jak ucieka wzrokiem speszona, ale to go nie zniechęciło do wpatrywania się w jej błyszczące, piękne oczęta. - Kumulując to wszystko w sobie, myśląc że wszystko samo się rozwiąże jesteś błędzie. Problemy i rozterki się mnożą, a rozwiązania zdają się być albo niemożliwe, albo niewykonalne. – nie miał na celu wprawić ją w poczucie winy, ale złapał się na tym, że ton jego głosu przybiera surowszą barwę. Dlatego też spróbował zmiękczyć swoje słowa łagodnym, przyjaznym uśmiechem. Dodatkowo przeniósł dłoń na jej ramię, delikatnie gładząc nie tylko materiał jej ubrania, ale również ciało pod nim. – Ja sam nie lubię zawracać głowy przyjaciołom o swoich problemach i z dziecięcym uporem trwam przy tym, że sam sobie poradzę. – Jego głos uzyskał teraz nutę rozbawiania. Nie raz słyszał o tym, że jest ochydnym i wstrętnym bachorem, który na siłę chce wszystko sam zrobić i udowodnić wszem i wobec, że niemożliwe jest dla niego możliwe – oczywiście, ze zgubnym skutkiem. Miał nadzieję, że Lorelle trochę przemyśli kwestię rozmowy z kimś. Nie podejrzewał jednak tego, że puchonka może wybrać jego – w końcu nie był dla niej nikim ważnym. – Gdy byłem mały, babka zawsze powtarzała mi: „gdy masz jakiś problem, spójrz na niebo i porozmawiaj z gwiazdami”. Mimo wiary w to, że moja matka mnie usłyszy problemy się nie rozwiązywały i chcąc czy nie chcąc, musiałem z kimś porozmawiać. – Dodał, nie przestając gładzić jej ramienia. Była taka krucha i delikatna.. Wreszcie rozluźnił spięte mięśnie, choć niewiele to dało. Jego ciało było wystarczająco rozbudowane by nie można było powiedzieć kiedy się spina i denerwuje. No..chyba że przestaje się garbić – a to teraz robił niemalże cały czas, wpatrując się Lorelle.
Nie można nikomu zabrać prawa do tego, że chce by zawracano mu głowę. Przecież przyjaciele są od tego, by im pomagać oraz po to, by oni pomagali tobie. – Dodał po chwili przerwy, starając się zmienić barwę głosu na jak najbardziej miękką i miłą dla ucha. Zawsze był pewnego rodzaju samotnikiem, ale nie mógł zakazać komuś tego by go nie lubić. To nawet brzmi absurdalnie.
W każdym razie, Lucas nie rozmyślał głębiej o tym co mówi - poszczególne dźwięki same wychodziły mu z gardła, tworząc takie a nie inne wypowiedzi.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Czw 16 Wrz - 18:50

Lorelle nie pozwalała sobie na otwarte słabości. A co dopiero na okazywanie je przed kimś, do kogo nie miała za grosz zaufania jak w przypadku któregokolwiek ślizgona. Może i nie uważała ich wszystkich za zło najgorsze, jednak wiedziała, iż każdy z nich odznacza się od reszty uczniów Hogwartu umiejętnością manipulacji przeróżnymi informacjami. Co za tym idzie, pożałowałaby zwierzania się któremuś z zielonych prędzej czy później. Dlatego też wolała nie prowokować losu, głęboko w samej sobie skrywając wszelkie przemyślenia. Nieprzeznaczone dla uszu innych. Większość uważała ją za osobą zwyczajnie nie stworzoną do krytykowania i skrytą. Dla niej zawsze było wszystko zrozumiałe. Nikogo nie ganiła, nie próbowała oceniać. Powtarzając monotonnie, że nie znając całości pobudek i emocjonalnego zabarwienia od samego prologu sytuacji po jej kraniec, nie może bawić się w żaden sąd. Wskazujący jednoznacznie stronę winną i poszkodowaną. Z resztą, w większości sporów, nie można było - według niej – unieść palec na jedną część konfliktu. Można by rzec, że tą opinię sama wykreowała. Nie starając się wyjaśnić tego, że swoje myśli więzi w czterech ścianach umysłu nie z powodu grzeczności czy niepewności, lecz obawy przed ich echem. Mimo iż nie wierzyła w karmę, ani nic podobnego, to była zdania, że czynione innym zło w końcu wróci do właściciela.
Kiedy ręce Krukona znów zsunęły się na jej plecy, pochyliła się nieco do przodu. Przytykając lewe ucho do mostka chłopaka. O dziwo, o dozie zawstydzenia pamiętały jedynie ciągle zaróżowione policzki. Wszystkie pozostałe komórki zbyt bardzo pragnęły ciepłego wsparcia, aby odgrywać speszoną rolę. Bo mogła oszukiwać i siebie, i Lucasa, lecz prawda była co najmniej zaskakująca. Ufała mu, bowiem czuła się w jego towarzystwie swobodnie i bezpiecznie. Nareszcie pozbierała puzzle tajemnicy jej relacji z Lucasem. Ba! Potrafiła ją nawet określić. Co jeszcze dziwniejsze, nie szukała wcale tej odpowiedzi. Ona sama do niej przypłynęła razem z liczną gromadką wielu innych, wolnych myśli. Miała wrażenie, że jej umysł się otworzył na to, co dotąd znajdowało się za ciężką kurtyną. Po prostu nagle wszystko stało się jasne. Zauroczenie w Clayu przyjęła do świadomości. Tak samo, jak powinność stawiania szczęścia przyjaciół ponad własnym. Na nowo poukładała sobie wartości i odkurzyła niektóre z zasad moralnych, które zgubiła gdzieś, kiedyś za sobą. Nie spodziewała się, że kilka łez może otrzeć z niej tą niewygodną warstwę irracjonalnych nadziei i zwyczajnie głupich wyobrażeń. Odzyskała dystans do świata, rzeczywistości oraz, co najważniejsze!, do własnej osoby. Nastało katharsis. Nieproszone, lecz powitanie z wdzięcznością.
- Mylisz się i masz rację jednocześnie – odparła mu, uśmiechając się do niego lekko. Stara Lorelle z wrodzoną nadwyżką opanowania powoli wkraczała na scenę. - Powinnam była z kimś porozmawiać wcześniej, albo szukać swoich rozwiązań tam, gdzie bym nigdy nie przypuszczała.
Uniosła na niego wzrok. Przyglądając mu się bacznie. Wydawał się być nieco zdezorientowany, a przecież jej słowa były niczym wskazanie palcem. Nie zmierzała mu jednak wyjaśniać swoich odczuć wprost. Ani ich chować! Z takim zamiataniem pod dywan skończyła. Raz i na całe życie nauczyła się, czym grozi wewnętrzna powódź odpychanych emocji. Powtórki nie planowała. Nigdy.
- Masz bardzo mądrą babcię – przyznała z wyczuwalnym szacunkiem. Wciąż mimo wszystko, czując się nieco słabo na własnych nogach. A jej głos nadal nie był tak gładki, jak zazwyczaj. Wątek matki zostawiła, bo o ile dobrze zrozumiała, Lucas ją bezpowrotnie stracił. Nie wyobrażała sobie, żeby ją spotkała podobna sytuacja. Mogła się z swoją rodzicielką kłócić, boczyć na nią i w złości rzucać bolesnymi zarzutami, ale mimo to – niepodważalnie ją kochała. I nie widziała swojej przyszłości bez niej. Z resztą, z ojcem miała niby nikły zaraz relacji, lecz i jemu nie życzyła niczego złego.
- Uwierz mi na słowo, ja to naprawdę wszystko wiem. Ale, wychowano mnie na taką osobę, nie inną. Bardzo ciężko jest wyplenić z siebie pewne nawyki. Szczególnie, jeżeli zakorzeniały się przez tyle lat – tłumaczyła się pokrętnie, wczepiając wzrok w ledwo widoczne źdźbła trawy.
Po czym także zamilkła na krótką chwilę. Powoli wdychając zapach nocy i ciała obok.
- Przyjaciele... Nie mam ich wielu, a Ci którzy nimi są, powiedzmy że aktualnie byli poza moim zasięgiem, a ja również ukryłam się przed nimi i wszelkimi problemami. Co jak widać, na dłuższą metę nie wyszło mi na dobre. Przepraszam za to, za cały ten wieczór.
Szepnęła cicho, znów zadzierając ku górze ciemną czuprynę i patrząc na Krukona z niemą prośbą o to by jej wybaczył za cały ten występ. Oraz, bardziej ukrycie, aby jeszcze się nie odsuwał. Pozwalając, żeby czerpała od niego jeszcze więcej ciepła.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Czw 16 Wrz - 22:49

Niezwykle przyjemnym uczuciem dla niego było to, gdy dziewczyna przyłożyła swój profil do jego mostka. Doskonale tam, gdzie może usłyszeć bicie jego serca, które trochę zwolniło swój bieg. Nie przeszkadzało mu to, że musiał zsunąć dłoń z jej ramienia ponownie na plecy, wybierając wygodę i nie wyginając nienaturalnie swojej ręki. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że sam chłonie ciepło dziewczęcego ciała, podświadomie łaknąc tej bliskości.
Lucas nie uspokajał już Lorelle. Wiedział, że jej umysł zaczął powoli harmonizować myśli i układać je w ten sposób, by nie musiała obawiać się kolejnego wybuchu płaczu. On sam nie zniósłby myśli, że doprowadził jakąś istotę do płaczu – byłaby to jego osobista porażka. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Zoe… nie. Kategorycznie odrzucił te myśli, a krew szybciej zaczęła krążyć w jego żyłach, na chwilę zwiększając ciepło jego ciała. Nieruchomym ramieniem przycisnął Puchonkę nieznacznie mocniej do siebie, jakby przekonując się że to nie jest tylko jego wyobraźnia. Że ona jest tutaj naprawdę i nie ma zamiaru nigdzie odchodzić. Również i tym gestem mógł przekazaćLorelle, że zamierza zostać przy niej jeszcze długi czas.
Słuchał jej uważnie, nie widząc jednak uśmiechu zakwitającego na twarz. Był wdzięczny za to, że nie patrzyła teraz w jego oczy. Dziwne uczucie, ale to wprowadziłoby go … w zakłopotanie, że pomyślał przez chwilę o gryfonce? W każdym razie teraz skupił się nad pochłanianiem jej słów i analizowaniem ich w swojej głowie. Dopiero gdy podniosła ponownie spojrzenie niebieskich tęczówek zrozumiał o co jej chodzi. Minęła sekunda. Potem druga sekunda milczenia. A dla Lucasa zdawało się, że były to minuty ciszy, nieznośne i tak długie, tak niezliczone, że śmiało można powiedzieć: nieskończone.
Nie był zmęczony, ani też nie odpychała go myśl o napisaniu dwóch wypracowań. Powieki miał szeroko otwarte, wpatrujące się z niedowierzaniem i lekkim zwątpieniem w Lorelle. Tak, jakby niemo oczekiwał przytaknięcia jej słów. By powiedziała wprost to, co kłębiło się w jego myślach. Że nie żałuje tego, iż pokazała mu swoje łzy i to, że teraz rozmawiają. Na jej policzkach nie zobaczył płomiennych rumieńców, ale zaróżowienie skóry owszem. Dlatego, że było jej zimno czy z emocji? Na końcu języka miał kilka pytań, które chciałby wypowiedzieć na głos. Ale nie miał aż tyle odwagi, by nie wyjść na zbyt śmiałego. Bezczelnego.
Jej uśmiech dodawał mu jednak odwagi i nie cofnął swojej dłoni, by pogładzić się po karku lub potylicy. Nadal trzymał ją w objęciu, nie zamierzając puszczać. Jej ręce, które utrzymywały wciąż na jego klatce piersiowej. Było to gorąc, którego nie chciał się pozbywać. Na pewien sposób, dotyk ten go palił. Ale za nic nie chciałby, by Lorelle teraz odeszła bądź się odsunęła od niego. Skinął ostrożnie głową, nie chcąc jej urazić. I złapał się na tym, że traktuje puchonkę jak istotę niezwykłą. Cenną.
- Rozumiem to. - Uznał, że te słowa zawierają w sobie wszystko, co chciałby jej przekazać. Zmusić kogoś do bycia kimś innym niż jest? Nie, zupełnie nie o to mu chodziło. A tym, kim się stajemy, zależy od nas w pewnej mierze. Większość jednak zależy od tego, w jakim środowisku się urodziliśmy i dorastamy.
- Nie musisz przepraszać. – Odpowiedział niemalże od razu, właściwie uniemożliwiając jej dodanie czegokolwiek, gdyby chciała coś dodać. Na szczęście jednak patrzyła na niego w ten sposób, że wiedział że nie zamierza nic więcej mówić. Uśmiechnął się, a przynajmniej spróbował, gdyż wyszła mu tego dość marna imitacja pocieszająca. – Może.. – zaczął, po raz kolejny nie zastanawiając się nad tym, co chce powiedzieć. Byleby wypowiedzieć to co chodzi mu po głowie i pozbyć się natarczywych, brzęczących w umyśle myśli. – ..gdy będziesz znów miała uczucie, że zaczynasz uciekać, przyjdź do mnie. Nie obiecuję, że pomogę rozwiązać dany problem, ale z całą pewnością mogę przyrzec, że ciebie wysłucham i postaram się zrobić co w mojej mocy. – Uśmiechnął się na koniec, bardziej przyjaźnie.
W jej oczach zobaczył niewinność oraz prostoduszną potrzebę okazania pozytywnych uczuć. Przytulenia, troski, gestu czułości czy zainteresowania. W jej oczach widział jeszcze swoje odbicie, jednak nie to go zainteresowało. Zainteresowały go te dwie stalowo niebieskie kule, jakby zaklęte były w nich jakieś magiczne promienie. Lorelle wyglądała ładnie w tym momencie.
Czuł się tak, jakby całkowicie poddała się przez chwilę i była zrezygnowana - a jej jedynym celem było przytulenie się i wchłonięcie choć trochę ciepła. Minimalnego. W każdym razie..nie zamierzał się od niej odsuwać przez najbliższy czas.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Pią 17 Wrz - 20:00

Lorelle nigdy by nie podejrzewała, że monotonny rytm bijącego serca mogłaby odebrać jako swoistą melodię. Kojącą wszystkie nerwy i rozluźniającą każdy splot mięśni. Tak jakby owy dźwięk wcale nie oddziaływał na zmysł słuchu, lecz coś o wiele ważniejszego - jej duszę. Reszta świata przestała istnieć. Została tylko ona i równomierny stukot tłoczonej krwi.
Wiatr razem z wszechobecnym chłodem wieczoru osuszył jej policzki i kąciki oczu, zacierając ślady wcześniejszego płaczu. Przez moment przemknęło jej przez głowę, że musi wyglądać okropnie z rozwichrzoną fryzurą i podpuchniętymi powiekami. Jednak był to jedynie przebłysk, który zniknął szybciej niż się pojawił. Nie była typem dziewczyny maniakalnie się przejmującym swoją zewnętrzną samoprezentacją. Dbała o siebie na tyle, na ile uważała za słuszne. Rzadko kiedy nakładała na twarz jakiekolwiek kosmetyki, stawiając na naturalność nie z przekonania, lecz z powodu braku umiejętności posługiwania się typowo kobiecymi „upiększaczami”. Tusz do rzęs ją przerażał, a na widok zalotki dostawała palpitacji. Ot, po prostu była do tego wszystkiego uprzedzona. I nawet przekonywanie wpierw matki, a później przyjaciółek nie pomogło. Bądź co bądź, nie była typową pannicą. Zamiast przesiadywać z babką na tarasie, grzecznie popijając popołudniową herbatkę z szczyptą cynamonu, wolała biegać boso po trawie i łapać motyle. Niekiedy wdrapywała się również na drzewa, powodując u matki stan przedzawałowy. Ogółem, od początków jej wczesnego dzieciństwa było wiadomo, iż będzie bardzo trudnym dzieckiem do ułożenia. Łamała każdą tezę na temat latorośli wywodzącej się z tak szlachetnego rodu. Brzydziła się kłamstwem. Nie przepadała za wywyższaniem się, a określenie „szlama” nie funkcjonowało w jej słowniku. Nie widziała podziału między czarodziejami z czystą krwią, półkrwi i tymi wywodzącymi się z niemagicznych rodzin. Nie dla niej były także wykwintne bankiety i sztuczne uśmiechy, posyłane pomiędzy opowiadaniem kolejnych pikantnych plotek. To nie było dla niej wcale zabawne. Przeciwnie. Nienawidziła podobnego fałszu, unikając go więc jak piekielnego ognia. Wolała rozczarować matkę, niż samą siebie. Choć pani Blackwell wierzyła w jej powrót na właściwie tory jeszcze przez długi czas. Przynajmniej dopóki, dopóty nie skończyła jedenastu lat i nie trafiła do Huffelpuffu. Wtedy to pękły wszelkie nadzieje, ustępując miejsca rozgoryczeniu. Cóż, może nie była idealną córką, ale jedyną. Na całe szczęście, matczyna miłość zwyciężyła nad arystokratycznymi ambicjami. Lorelle wielokrotnie zastanawiała się, jaka by była jej relacja z matką i całym otoczeniem, gdyby nie była taka uparta i pozwoliła się dowolnie ukształtować. Czy jej charakter bardzo uległby zmianie i na którą stronę. Lepszą? Gorszą? Lubiła się łudzić tą drugą opcją, lecz prawda mogła być inna i miała tego świadomość.
- Masz dziś przeze mnie same problemy. Najpierw wpędziłam Cię w kłopotliwą sytuację z Zoe, teraz pobrudziłam Ci sweter.
Odparła, błądząc palcem po małych plamkach na materiale. Ostatnimi dowodami jej płaczu. Nie wiedziała, czy ów gest może być odebrany jako dwuznaczność lub nawet bezczelność przez Krukona. Czuła się przy nim swobodnie, zakładała więc bez głębszych przemyśleń, że i jego nie peszy jej bliskość. Inaczej by ją trzymał na dystans, a było wręcz odwrotnie. Ramieniem dociskał ją do siebie nieco mocniej.
Na jego propozycję, wpierw jedynie szczerzej uchyliła powieki. Była zwyczajnie zdziwiona. Bo mimo tego, jaki spektakl mu przestawiła tego wieczora, nadal chciał ją znać? To było co najmniej... dziwne. Myślała raczej, że Lucas zachowując grzeczność odczeka aż się uspokoi, odprowadzi ją i przez następne tygodnie, będzie zgrabnie omijał na korytarzach. Według jej rozumowania, każdy normalny chłopak by tak zrobił. Po co mu były potrzebne dodatkowe problemy? Nie miał ich dość, jako siódmoklasista?
- Jesteś naprawdę uprzejmy, ale po dzisiejszym dniu, obiecuję Ci nie sprawiać więcej kłopotów – wydukała pośpiesznie, znów czując płomienne rumieńce na twarzy. Po czym, uniosła głowę do góry, spoglądając na niego. Patrzył wprost w jej oczy. Tak, jakby była tylko ona. Nikt, ani nic poza. Jakby ją cenił ponad wszystko. Budził w niej przez to poczucie wyróżnienia i rzeczywiście, w tym momencie o co by ją nie poprosił, była mu całkowicie oddana. Nie, nie zrezygnowana, lecz odurzona bezgraniczną ufnością . Po prostu. Był jej latarnią, wspaniałomyślną opoką. Radosną iskierką nadziei o łagodnym uśmiechu. A nawet potrzebą, mienia tuż obok siebie ciepłego ciała. W tamtej chwili kolejna niespodziewana myśl przedarła się przez jej podświadomość. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale... jej towarzysz był przystojny. A co za tym idzie, z pewnością cieszył się popularnością u płci przeciwnej. Ile więc dziewcząt chciałoby być na jej miejscu? Albo z zazdrością mogło na nią patrzeć? Lucas był niegdyś z Zoe, to jak twierdził było zakończone. Lecz nie pytała o jego aktualny stan uczuciowy. Była egoistką. Martwiącą się jedynie o siebie. Może miał już kogoś, kto był mu cenny i swoim zachowaniem wprawiała go w zażenowanie? Jego przyśpieszony puls mógł to potwierdzać. Ale, przecież ją przytulał. Z własnej woli? Nie. Ona go do tego po części zmusiła... Chwila. Czemu wszystko znowu stawało się takie pogmatwane?
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Pią 17 Wrz - 23:57

Lucas wielu rzeczy nie wiedział o Lorelle. nie wiedział o tym, że lubiła chodzić o drzewach. O tym, że uwielbiała biegać boso po przyozdobionej rosą trawie. O tym, że nie lubiła się malować. Nie, wróć. O tym, że nie przepadała za kosmetykami można było zauważyć. właściwie..gdyby zechciał sobie przypomnieć, kiedy brunetka wymalowała sobie choćby usta – byłoby ciężko. A może dlatego, że był tylko przelotną znajomością? Przynajmniej do tej pory.
Wiedział doskonale o tym, że teraz będzie patrzył na puchonkę w nieco inny sposób. Może było w tym trochę współczucia, ale bardziej dlatego, że wiedział doskonale jak się czuje. Gromadzone w sercu emocje, kotłujące się myśl, racjonalne rozwiązania, które zdają się zbyt banalne i proste, że aż skomplikowane. I duma, która nie pozwalała nikomu zajrzeć do środka. Prostoduszność, która zakładała iż ważniejsze jest szczęście przyjaciół niż zawalanie im głowy swoją osobą, swoimi problemami.
Nie przestawał gładzić jej pleców. W ten sposób i on się uspokajał. Albo raczej uspokajał swoje serce i swoje myśli.
- Tak, jesteś straszną osobą. Przez ciebie mam poplamiony od łez sweter, który będę musiał wyprać. W dodatku zabrałaś mi kilka minut ważnego dla mnie snu. – odparował takim tonem, że można przypuszać iż mówi ze złością. Nim ostatnia nutka wybrzmiała do końca, z lekkim rozbawieniem, jego dloń wylądowała na jej podbródku. W ten sposób, ona wpatrywała się w jego oczy, a on w jej niezwykle blisko. Za blisko? Za daleko?
Istotnie, można było ujrzeć małe iskierki gniewu w jego ślepiach, jednak najbardziej widocznym uczuciem była troska.
- Jak możesz w ogóle tak myśleć Lorelle? Rozumiem, że się nie znamy zbyt dobrze, ale chyba nie jestem aż taki straszny za jakiego mogę uchodzić. Z Zoe spotkałbym się tak czy inaczej kiedyś, choćby na korytarzu, w pustej Sali lekcyjnej, na wieży, na Błoniach.. wszędzie i to nie było do uniknięcia. Dzięki tobie, stało się to szybciej, pozwalając mi do końca ułożyć myśli i uczucia. W odpowiednim miejscu w głowie, w sercu, wsunąć do szufladki i zatrzasnąć. – Wiedział, że się rozgaduje i że ponownie jego głos za bardzo zdradza emocje nim targające. Impulsywność. Tej cechy nie potrafił z siebie wyplenić, nawet gdyby bardzo chciał. Dodatkowo, jej kolejne słowa sprawiły że poczuł na końcu swojego języka gorycz.
Miała rumieńce, nie wiedział czy to z zimna, czy z powodu wypowiedzianych słów. – Nie mów tak. Proszę. – jęknął. Jego dłoń wciąż przytrzymywała jej podbródek. Skóra twarda, przypominająca kawałek nieobrobionego jeszcze drewna, zachowując jednak ludzkie cechy. Ujmował krawędź jej twarzy między swoim kciukiem, opierając ją nieco o resztę dłoni. Gest ten nie znosił żadnego sprzeciwu i jedynie gdyby Lorelle zaczęła się wyrywać, oddałoby się jej oswobodzić.
Przez chwilę poczuł się zrezygnowany, ale postanowił.. powalczyć? Gest, który czyniła swoimi palcami na jego torsie nie pozwalał ot tak odpuścić. Nie chciał, aby dziewczyna cofnęła swoją dłoń. Wiedział, że gdy odejdzie zacznie czuć przeraźliwą pustkę. Tragikomiczny taniec zimnego wiatru na ciele. Świadomość, że to się nie powtórzy.
- Ani jednym gestem nie sprawiłaś, żebym miał ochotę przestać cię znać. Wręcz przeciwnie. – Na chwilę przerwał, szukając odpowiednich słów do swojej dalszej wypowiedzi. – Chciałbym dać ci wsparcie, podać ramię, byś mogła się wesprzeć w każdej chwili, kiedy tylko będziesz tego potrzebować lub po prostu zechcesz. – mówił z przejęciem, od razu wydobywając słowa z gardła. Bez namysłu. Impulsywność. Zsunął w końcu dłoń z podbródka na tę, która jeszcze przed chwilą błądziła po mokrych plamach na ciemnoniebieskim swetrze.
Dopiero po chwili doszło do niego, że trzyma pod swoją dłonią jej obie. Niczym w złotej klatce. Chcąc zabrać całe ciepło, które mogą komuś ofiarować.
- Gdybym naprawdę nie chciał być tu z tobą, w tym momencie.. gdybym pragnął zamienić się z kimś innym miejscem, aby Inna osoba cię przytulała, odprowadziłbym cię i rozstalibyśmy się bez większego gadania. Nie trzymałbym na twoich dłoniach, swojej i nie wpatrywał w tajemnicze i skryte oczy. Po prostu bym odszedł, nie próbując nawet dosięgnąć przyczyny twoich rozterek. – Ostatnia linia ataku? Chyba tak to można było nazwać.
Jej dłonie utrzymywane w okolicach serca oraz ciepło z nich bijące sprawiało, że dźwięki wydostawały się samoistnie, wyzwalając tym samym tę część jego natury zwaną ‘romantyczną’. Nie wiedział jak odpowie dziewczyna. Nie rozmyślał nad tym. Po prostu trwał tu i teraz.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lorelle Blackwell on Sob 18 Wrz - 11:42

Ów wieczór, w tym oto momencie, wcale nie wydawał się już istnym koszmarem. Przestała go tak odbierać, bowiem jej położenie nie wydawało się dalej najgorszym z wszelkich wariantów. Po pierwsze, było jej ciepło i naprawdę czuła się dość komfortowo. Po drugie, nad nimi iskrzył się nieboskłon. Światła pochodzące od zamku leniwie do nich co prawda docierały, lecz i tak nie były na tyle silne, by pozwoliły na rozpoznanie przez kogoś trzeciego ich złączonych sylwetek. Z resztą, w tej chwili mało ją obchodziły szkolne plotki. Miała przy swoim boku Lucasa, jego dłoń krążącą po plecach. Jej umysł nareszcie przestał się sprzeciwiać. Otworzył się na to, co wcześniej uznawał za szczyt absurdu. Oczywiście mylnie. Nie chciała, aby cokolwiek lub ktokolwiek przerwał im teraz. Burząc idealną harmonię, która się wytworzyła między nią i Lucasem. Nie pamiętała jak to się stało, lecz czuła się z nim połączona. Może to było wtedy, gdy leżeli razem na trawie? A może jednak, gdy zacisnęła po raz pierwszy rząd swoich bladych palców na jego swetrze? Będąc tu, nie dbała o czas, ani dokładne położenie. Była po prostu blisko jego, pod gwiaździstym niebem. Nic poza tym się nie liczyło.
Zająknęła się niepewnie, słysząc ostry ton Krukona. Ubranie mogła hipotetycznie odkupić, bądź uprać, ale co z drogocennym czasem? Za niego nie można było przecież zapłacić, ani w żaden sposób odzyskać, jeżeli już minął. Zamierzała zarzucić go niezliczoną lawiną próśb o wybaczenie, jednak nim wydobyła z siebie głos, ten gdzieś ugrzązł. Delikatny dotyk nakazał jednym ruchem uniesienie podbródka, co zaowocowało zmniejszeniem dystansu z Lucasem do zwykłego minimum. Dopiero wtedy mogła dokładnie mu się przyjrzeć, zauważając drobną bliznę na policzku. Uniosła powoli jedną dłoń, dotąd znajdującą się na torsie chłopaka, samym opuszkiem palca wskazującego przejeżdżając po ledwo widocznym śladzie jakiegoś wypadku z przeszłości Krukona.
- Nie wiedziałam tego wcześniej – rzekła z nutką zafascynowania. Jakby mówiła o jakimś skarbie, odszukiwanym przez lata. Co, zachowując bezgraniczną szczerość, i dla niej było zaskakujące.
Byli tak blisko siebie, że odczuwała na twarzy jego płytki oddech. Jego słowa ginęły w mroku, nie docierając do uszu Puchonki. Nie chciała już słyszeć o Zoe, o ich relacjach, o jego uczuciach do kogokolwiek innego. Przebłysk zazdrości? Nie, to byłby absurd. Po prostu pragnęła zagarnąć jego całą uwagę na sobie. Zachować jego ciepło, przeznaczone jedynie dla niej. Kolejna nutka egoizmu w zazwyczaj altruistycznie nastawionej do życia i innych Lorelle. Skąd się brał? Nie miała zielonego pojęcia.
- Dziękuję.
Szepnęła bezgłośnie, zastanawiając się nad jego słowami. Chciał być jej oparciem? W podświadomości wciąż krążyło „ani jednym gestem nie sprawiłaś, żebym miał ochotę przestać cię znać...”. Odbijało się echem i wracało. Brzmiało to tak, jakby bez krzty zwątpienie przyrzekał jej pomocną dłoń za każdym razem, gdyby tego właśnie potrzebowała. Jakby obiecał przybyć na każde, zrozpaczone zawołanie, aby znów otrzeć jej łzy. Tylko, dlaczego mu zależało? Jaki był powód czułych refleksów w jego jasno niebieskich oczach? Biernie obserwowała jak nakierowuje jej obie dłonie na jeden punkt w okolicach jego mostka, przytrzymując mocno własną. Czyżby on również kradł jej ciepło dla siebie? Nie. Nie pokazał jeszcze żadnego, jednoznacznego ruchu, iż tak było. Nie mogła więc zakładać, że był tak samo egoistyczny jak ona.
- Lucas, więc co Cię tu, przy mnie zatrzymuje? Dlaczego...?
Urwała. Nadal oszołomiona jego niespodziewanym wyznaniem. Co to wszystko miało znaczyć? Lorelle była pewna, że wszystko to co powiedział, było impulsywne. I z pewnością nie nosiło na sobie choćby grama fałszu. Nie wiedziała jednak, jak to odebrać. Zależało mu. Teraz miała już tego dowód, nie mogła więc tego bagatelizować i wmawiać sobie, że to jedynie jej wyobraźnia kształtuje taki obraz Lucasa. Potrzebowała konkretu. Czegoś, co by tłumaczyło jego zachowanie. Takie, nie inne. Może znając jego pobudkę, znajdzie i własną? Do tego dążyła. Lecz, czy ciekawość nie jest pierwszym stopniem do piekielnej otchłani? Zawahała się. Wciąż nie rozumowała jasno. Istniało prawdopodobieństwo, że źle odczytała niektóre jego słowa. Przypisała im błędne wyjaśnienia. Niech to! Czemu nic nie może być proste? Powiedziane wprost? Bez żadnych gierek? Życie byłoby o wiele łatwiejsze do przełknięcia... A mówią, że to kobiety są skomplikowane z natury i lubią swój chaos w głowie, bo przypomina im ten w własnych torebkach. Puchonka kolejny raz odcinała się więc od stereotypów. Wolała prostą drogę, zamiast niezliczonej ilości krętych zakrętów. Jasne sygnały, zamiast mydlenia oczu. Rzeczywistość była wystarczająco trudna do poukładania. Po co miałaby sobie jeszcze to utrudniać podobnymi zabawami? Wyprostowała się sztywno, by mieć jak najlepszy widok na oczy chłopaka. Mając nadzieję, że nawet gdyby on wymigiwał się od odpowiedzi, te jej udzielą.
avatar
Lorelle Blackwell
Uczeń

Liczba postów : 149
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Lucas Sprouse on Sob 18 Wrz - 13:32

Drgnął w momencie, w którym jej dłoń zbliżyła się do jego policzka. Niejako uspokajając buzujące w nim emocje. Skóra, która emanowała.. no wlasnie czym? Do jego nozdrzy docierał zapach Lorelle, który posiadał w sobie coś czego nie potrafił określić.
Nie cofnął się, wpatrując się w jej zaaferowane oczy nowym odkryciem. Tak, jakby słowa jego siostry były prawdziwe, a nie jedynie pocieszeniem na szpecący dodatek do twarzy. Martwy naskórek znajdował się mniej więcej na kości policzkowej, schodząc w dół, w stronę ust. Teoretycznie, miejsce to nie powinno być czułe na dotyk, a jednak Lucas zareagował inaczej niż ktoś by się spodziewał. Może dlatego, że się zdziwił jej śmiałością? Rozumiał to, że on chciał zetrzeć jej łzy z oczu, to że chciała się przytulić by ukoić rozszarpane nerwy, to że ściskała piąstkami sweter, chcąc opanować buzujące emocje.. ale dlaczego musiała dotknąć jego policzka? Dlatego, że była ciekawa? Była ciekawa. Przedtem nie zauważyła tego i dlatego tylko dotknęła jego skóry na twarzy, przesuwając ostrożnie nieziemsko delikatnym opuszkiem palca po bliźnie. Więc czemu scena, którą teraz widział wydawała mu się taka intymna? Przecież nie byli dwójką zakochanych w sobie nastolatków, potajemnie schodząc się wieczorem przy świetle księżyca, przed zamkiem by nikt ich nie zobaczył. Nie byli parą, która wyszła na romantyczny spacer, a teraz przy pożegnaniu czule się żegnali. Nie byli. Więc dlaczego pragnął, aby tak właśnie było? Serce nie przestawało mu bić, uderzając mocno i zdrowo, udowadniając że wszystko z jego krążeniem jest w porządku.
- Wypadek w dzieciństwie.. – Odpowiedział cicho, pragnąc by te słowa nie zniszczyły wyimaginowanego scenariusza. Spoglądał w jej tęczówki, szukając w nich poparcia, choćby najmniejszego śladu. Ale nie potrafił czytać z oczu tak jak ona. Nie widział wszystkiego jak na dłoni i nie potrafił domyślić się co oznaczają aluzje.
Już po chwili trzymał jej dłonie zamknięte w swojej, pragnąc poczuć to ciepło, które może ogrzać jego serce. Nie tylko skórę nad nim, a właściwie nie sweter. Metafora? On używał metafor? A może mu się tylko coś pomyliło?.. pogubił się w tym. Nigdy przedtem nie czuł potrzeby bliskości jakiejś osoby. Poprawka: jakiejś dziewczyny. Rozstał się z Zoe i nie chciał mieć powtórki tego, że będzie się przy kimś zachowywał jak człowiek na krótkiej smyczy. To właśnie zazdrość i ogromna potrzeba posiadania jakiejś osoby na własność zdecydowała o zakończeniu tego związku. Można powiedzieć, że Lucas zraził się i jego dalsze kontakty z dziewczynami ograniczały się na stopie koleżeńskiej. Oczywiście prócz Gwen. Ale Gwen to była Gwen. I tyle w tym temacie.
To, co w niego uderzyło, ta chęć otrzymania czulszego spojrzenia od Lorelle pojawiła się nagle i zupełnie nieoczekiwanie. Milczał gdy zdała pytanie, panicznie szukając odpowiedzi. Nie chciał jej zrazić. Nie chciał, aby uciekła. Nie chciał, aby odeszła. Nie chciał ujrzeć w jej oczach obrzydzenie lub niesmak. Nie chciał zobaczyć pojawiających się na nowo łez. Nie chciał tak wielu rzeczy, że aż się w tym pogubił. Wiedział tylko, że pragnie jednego: aby się uśmiechnęła. Aby się uśmiechała tak szczerze i prawdziwie, z głębi serca. I nie miał bladego pojęcia co jej odpowiedzieć. Żadne słowo nie wydawało mu się odpowiednie, a zdania nie kleiły się w logiczną całość.
Złapał się na tym, że zachowuje się jak szczeniak, jak gówniarz, który nie potrafi przyznać się do tego, co czuje względem istoty tej pięknej płci. W ciągu trzech sekund (które zdawały się być dla niego wiecznością milczenia), co najmniej cztery razy zmienił zdanie: mówić, nie mówić, mówić, nie mowić i tak w kółko.
- Bo nie chcę, abyś była smutna. – Wypalił jak z procy, czując jak dziewczyna prostuje się i sztywnieje. Zaczyna się odsuwać, ucieka z jego ramion. Nie chciał tego i nie miał pojęcia, że w jego oczach pojawiły się iskierki okazujące niezadowolenie z tego faktu. Ale nie mógł jej powstrzymywać. Nie mógl, prawda? Dlaczego więc nadal trzymał na jej dłoniach swoją? Dlaczego ledwo co opanowywał chęć przesunięcia palcami po jej nieskazitelnie gładkiej skórze? Dlaczego hamował się przed tym, by nie powiedzieć ‘zostań ze mną’ w ten sam sposób, który ona użyła nie tak dawno. – Nie chcę być teraz sam. – Powtórzył jej własne słowa, nie widząc właściwego, prawidłowego powodu dla których je wypowiedział. Nie miały większego sensu – przynajmniej dla niego. „Nie chcę być teraz sam” zabrzmiało w jego uszach jak desperacki skok w przepaść, aby uratować swoje życie. Czy go skreśli od razu? Czuł jak krew dopływa mu do głowy i słyszy szum. Przełknął ślinę, chcąc usunąć przeszkodę, która zaraz zacznie hamować jego głos. Słowa nie mogą mu ugrząźć teraz w gardle, po prostu nie mogą. Nie teraz. Nie przy niej. – Podobasz mi się. Chcę, abyś się uśmiechała. Abyś była szczęśliwa. Nie chcę, abyś odsuwała się ode mnie. - każde jego zdanie brzmiało jak wyznanie dziecka, które szuka jakiegoś schronienia u dorosłej osoby. Po kolejnej sekundzie ciszy uśmiechnął się krzywo, a blizna odznaczyła się jeszcze bardziej na jego twarzy. Odsunął wzrok w bok, zsuwając swoją dłoń z jej obu. Wpatrywał się w jeden z kocich łbów, śmiejąc się w duchu ze swojej głupoty. – Przepraszam, zabrzmiało to banalnie. – Wybąkał na swoje wytłumaczenie, uwalniając kolejną dłoń i kładąc ją na tył swojej głowy. Nie. Nie mógł powstrzymać gestu masowania karku. Tym razem wybrał jednak potylicę, uwalniając Lorelle ze swojego objęcia. – Głupio mi.. – Wyznał po raz kolejny udowadniając, że należy do prawdomównych osób.
Wdech. Wydech. Wdech. Kolejne minuty milczenia. Wydech. Ostatnia odpowiedź na jej pytanie. Wdech.
- Ty mnie zatrzymujesz. Twoja osoba. Twoje oczy, twoje gesty, twoje prośby, twój zapach włosów, ty. Zatrzymuje mnie też potrzeba, by być przy tobie. Chęć, aby czuć ciebie obok. Wiem, egoistyczne.. zapewne masz kogoś odpowiedniejszego niż ja do pocieszania, ale.. – Urwał, nie mogąc mówić wszystkiego na jednym oddechu. Wydech. I krótki wdech. – ..ale podobasz mi się. – I brak wydechu, w oczekiwaniu na odpowiedź.
Dlaczego odważył się to powiedzieć? Ba! Nawet powtórzyć po raz drugi! Czy to wina wakacji? Tego, że nie widział jej kilka miesięcy, a teraz tak nagłe spotkanie wprawiło go w zauroczenie? Podniósł spojrzenie na nią, szukając jakiegokolwiek błysku, które oznaczałoby dla niego nadzieję. Odsunął rękę od głowy, nie mając odwagi położyć dłoń ponownie na jej ramieniu czy plecach. Musiał najpierw uzyskać pozwolenie po słowach, które wypowiedział.
avatar
Lucas Sprouse
Dorosły

Liczba postów : 380
Czystość krwi : Półkrwi
Skąd : Solihull, hrabstwo West Midlands

Powrót do góry Go down

Re: Pomost

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 6 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 5, 6, 7 ... 9, 10, 11  Next

Powrót do góry

- Similar topics

 :: Jezioro

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach